• Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Rozpocznij kurs nurkowania 17.12.2018 lub 07.01.2019 w Warszawie

 

Zadzwoń: 504 16 20 14




2004/02 Oman - daleki... a właściwie Bliski Wschód

Wyprawę do Omanu polecić należy wszystkim Orianom Fallacim tego świata, a może po prostu każdemu, kto w swojej europejskiej arogancji (i ignorancji) nie potrafi sobie wyobrazić, że i na Bliskim Wschodzie może być jakaś cywilizacja. Jadąc do Omanu (wschodni kraniec Półwyspu Arabskiego) mieliśmy wizję osłów - a w najlepszym razie wielbłądów - targających cały nasz ekwipunek przez pustynne bezdroża. Tymczasem jakości omańskich dróg nie powstydziliby się Niemcy, co szczególnie imponuje przy miejscowym klimacie - w takich warunkach polskie drogi zamieniłyby się prawdopodobnie w asfaltowe bagienko.

A jeśli wierzyć naszej gospodyni - Polce, od dwunastu lat mieszkającej w Omanie (a trzeba przyznać, że miała ona lekka tendencję do dramatyzowania swoich opowieści) - jeszcze czterdzieści lat temu w kraju było pięć kilometrów dróg i cztery samochody. Dopiero obecny sułtan, Qaboos ibn Said, po obaleniu konserwatywnego ojca zabrał się za modernizację państwa. Stolica - Muscat - została w tym czasie wybudowana praktycznie od zera. W efekcie jest nowoczesna, bardzo czysta i zadbana, i kompletnie nieklimatyczna - choć architektura wyraźnie orientalna, to sam styl zabudowy i wykorzystanie przestrzeni są zaskakująco pozbawione bliskowschodniego uroku. Tylko meczety - których niestety cudzoziemcom zwiedzać w środku nie wolno - są śliczne, lekkie, o filigranowej, koronkowej ornamentyce.

Na tym tle interesująco prezentują się McDonald's, KFC (czy nie uroczo wygląda napisane po arabsku?), czy Carrefour, w którym każdy znajdzie to samo mydło, jogurt, bądź proszek do prania, których używa w domu. Podobno czasem (choć bardzo rzadko), można tu nawet 
dostać Prince Polo! Obserwatorom zderzenia cywilizacji szczególną radość powinien sprawić widok zakwefionych, okutanych w czarne abaje kobiet, kupujących w hipermarkecie Pampersy i Nescafe Jednak już nawet w Carrefourze zaopatrzenie trochę odbiega od europejskiej normy - kosze suszonych owoców, świeża trzcina cukrowa, worki z przyprawami pachnącymi baśniami z tysiąca i jednej nocy.

Najbardziej chyba jednak egzotycznym miejscem, jakie dane nam było zobaczyć, jest bazar - znów przyprawy, owoce, orzechy, poza tym aromatyczne olejki, naczynia z drewna, terakoty i tykwy, lekkie mebelki, bambusowe laski poganiaczy wielbłądów, biżuteria - srebrna, podrasowywana na starą i złota, błyszcząca nowością, no i wreszcie standardowe zaopatrzenie każdego bazaru: tanie buty, tandetne ozdoby i zabawki, trochę europejskiej garderoby i dużo lokalnej.

Inną egzotyczną budowlą jest pałac sułtana, a właściwie willa - jak na sułtańskie standardy raczej skromna. Sam sułtan zasadniczo w stolicy nie mieszka, jego główna rezydencja znajduje się w położonym 1.000 km na południe Salala. Być może to właśnie wyjaśnia skromność stołecznej siedziby. A może po prostu Qaboos ibn Said nie lubi przepychu i ostentacji?

W gruncie rzeczy jest więc Muscat dość zwyczajnym, nowoczesnym, bardzo starannie utrzymanym miastem. Działają w nim bankomaty, w sklepach te same międzynarodowe marki, stacje benzynowe obsługuje się tak samo, jak w Europie (tyle że benzyna jest tańsza, niż woda, a myjnie bardziej oblegane - za brudny samochód grozi mandat!). Jedno, w czym miejscowa cywilizacja faktycznie zawodzi, to telefony komórkowe - choć niewykluczone, że wina leży tu po stronie naszych operatorów. Jadąc do Omanu trzeba wziąć pod uwagę to, że nie ma tam roamingu - ale zarówno karty, jak i automaty telefoniczne są bardzo łatwo dostępne.

Trochę bardziej niezwykli są mieszkańcy - przynajmniej na pierwszy rzut oka. Miejscowi mężczyźni noszą długie do ziemi diszdasze w rozmaitych odcieniach bieli, kobiety zaś równie długie abaje w kolorze dowolnym, byle czarnym. Mimo to nikt nie oburzał się na widok kolorowo ubranych cudzoziemców w szortach - choć faktycznie dziewczynki ze szkolnej wycieczki, którą spotkaliśmy na poczcie, zaśmiewały się do łez oglądając gołe łydki barbarzyńców z Europy. Jako kobieta dla przyzwoitości nosiłam wyłącznie długie spódnice, ale na plaży czy łodzi pozwalałam sobie na chodzenie w samym kostiumie i nie zauważyłam, żeby ktoś się zabierał do kamienowania.

A skoro już jesteśmy przy kobietach muszę przyznać, że moje - umiarkowane, ale jednak - obawy co do tego, jak będę tam traktowana, okazały się zupełnie bezpodstawne. W przeciwieństwie do takich krajów, jak na przykład Turcja czy Egipt, w Omanie samotna kobieta (przynajmniej cudzoziemka) może spokojnie niezaczepiana chodzić po ulicy. Spotka się jednak z natychmiastową pomocą, jeśli o nią poprosi lub choćby wygląda na zagubioną (czego sama doświadczyłam). O ile kobieta nie zainicjuje kontaktu, jest dla miejscowych zupełnie przezroczysta - ale mam wrażenie, że dystans wynika raczej z szacunku, niż z lekceważenia.

Ale zejdźmy wreszcie pod wodę.

Oman leży nad Zatoką Omańską (nomen omen) - pomiędzy Zatoką Perską a stanowiącym część Oceanu Indyjskiego Morzem Arabskim. Zatoka jest głęboka (40km od brzegu dno schodzi do 2.000 m), a woda ma temperaturę ok. 25°C, choć to luty - w końcu znajdujemy się dokładnie na Zwrotniku Raka.

Pierwsze nurkowanie zrobiliśmy na położonej kilkaset metrów od bazy nurkowej potężnej skale, która chyba trochę na wyrost nosi miano wyspy - Cat Island (nazwa pochodzi od kształtu skały, która pod pewnym kątem, w pewnym oświetleniu, przy pewnej dozie dobrej woli do pewnego stopnia przypomina kota). I tu spotkała nas pierwsza przykra niespodzianka. Widoczność nie przekraczała pięciu metrów, co od biedy może być akceptowalne na Mazurach, ale mocno rozczarowuje w tropikach. Zwłaszcza że w promieniu tych pięciu metrów roją się setki rozmaitych stworzonek i wystarczy na chwilę zagapić się na murenę albo zapędzić w pogoni za ślimakiem nagoskrzelnym i już po partnerze ani śladu.

Na szczęście fatalna widoczność trochę wynikała z bliskości bazy i miasta, a trochę z tymczasowych warunków - z dnia na dzień i z nurkowania na nurkowanie robiła się coraz lepsza, aż osiągnęła jakieś 20-25 metrów i na tym poprzestała.

Na pewno natomiast nie moglibyśmy się uskarżać na brak życia pod wodą. Już na pierwszym nurkowaniu - a wrażenie tylko pogłębiło się z czasem - uderzała liczba, rozmaitość i wielkość muren. W ciągu całego pobytu widzieliśmy: murenę zebrę (Gynomuraena zebra), murenę żółtogardłą (Gymnothorax nudivomer), murenę cętkowaną (Gymnothorax favagineus), murenę leopardzią (Scuticaria tigrina), undulated moray (Gymnothorax undulatus), peppered moray (Gymnothorax pictus) i murenę szarą (Siderea grisea), z których większości nie widziałam nawet na Borneo. Niektóre wypełzały ze swoich kryjówek, prezentując w całej okazałości swoje nakrapiane, dwumetrowe, potężne cielska.

We wszystkich miejscach, w których nurkowaliśmy, pełno było skorpen, skrzydlic i najeżek - niby nic dziwnego na tej szerokości geograficznej, ale 
podobnie jak w przypadku muren zaskakiwały ich rozmiary i różnorodność. Nie miałam pojęcia, że najeżki w ogóle mogą być tej wielkości - gdyby nie poczciwy wyraz pyska niektórych można by się było wręcz wystraszyć. Standardowym mieszkańcem wszystkich chyba raf, które oglądaliśmy, były też błazenki - w wersji trochę innej od malezyjskiej, smutniejszej, bo czarno-pomarańczowej, a nie pomarańczowo-białej. Wszędzie też sporo korali, jeżowców i ukwiałów, ale nie widziałam chyba ani jednej gorgonii.

Trzeciego dnia pobytu wybraliśmy się na dwudniowy biwak za miasto (poprzednio na każde nurkowanie wypływaliśmy z bazy), nad zatokę Khayran (czyli Bandar Khayran po arabsku). Nurkowanie nurkowaniem - zatoka pełna muren, skorpen, skrzydlic, na nocnym trafiły się też krewetki i kraby, a na cyplu mieszkało kilka żółwi (Green sea turtle - Chelonia mydas), natomiast widoki na powierzchni zupełnie bajeczne.

Już Muscat otoczony jest niewiarygodnymi górami, Bandar Khayran leży w samym ich sercu. Góry nie są tu wysokie, ale robią wrażenie - stromymi ścianami spadają prosto do wody. Skała ma kolor pomarańczowordzawy i fakturę baklawy - każdą z niezliczonych, cienkich jak opłatek warstw można dosłownie rozkruszyć w palcach. Ewidentnie bardzo podatna na erozję tworzy nawisy, osypiska i najbardziej fantastyczne formacje.Surowość i nierzeczywistość tych gór wynika też z niemal całkowitego braku jakiejkolwiek roślinności - wyłącznie piach, kamienie, skała i klika ciernistych krzaczków obgryzanych przez włóczące się po okolicy kozy. Tylko po drugiej stronie wzgórza - w sąsiedniej zatoczce - wyrosła kępka mangrowców, która jak na tutejsze standardy mogła chyba robić za zagajnik. Podobno widziano tam nawet komara.

Tutejsze nurkowania są raczej płytkie - pomarańczowe skały malowniczo piętrzą się nad wodą, ale pod powierzchnią rzadko schodzą poniżej 15-20 metrów. Fanatycy głębokości muszą zdobyć się na cierpliwość- i być gotowi płynąć przez ładnych parę minut po łagodnie nachylonym, nagim, piaszczystym zboczu, zanim osiągną coś, co na bardziej optymistycznym głębokościomierzu wygląda na czterdziestkę.

Z Bandar Khayran blisko na wrak. Al Munassir miał 84 metry długości i blisko 3.000 ton wyporności. Zatopiono go na użytek nurków 21 kwietnia 2003, jest więc jeszcze całkiem świeżutki. Rufa statku leży na 31 metrach, dziób - 29, a pokład znajduje się z grubsza na 12m głębokości. Wrak prosty, pozbawiony dużej części wyposażenia, mało jeszcze zarośnięty - a jednak miał jakiś swoisty urok - wracaliśmy na niego potem kilkakrotnie.

Po Bandar Khayran przyszła pora na wyprawę w drugą stronę - na objętą ochroną wyspę Fahal Island. Dzięki załatwionemu przez naszą gospodynię pozwoleniu, mieliśmy okazję zobaczyć ogromne płaszczki, masę papugoryb (parrot fish) i przeżyć niezapomnianą przygodę z blisko 2.5-metrowym żarłaczem tępogłowym.

Od początku wiedzieliśmy, że na Fahal Island widuje się rekiny - co oczywiście stanowiło wielką atrakcję dla moich towarzyszy, ale raczej umiarkowaną dla mnie. Na szczęście w czasie drugiego nurkowania zmarzłam - w końcu spędziliśmy blisko dwie godziny pod wodą - i zdecydowałam się na trochę wcześniejsze wynurzenie. Ledwo zdążyłam zrzucić sprzęt, a tu nagle wokół łodzi jak korki zaczęli wyskakiwać nieustraszeni łowcy rekinów i żądać ode mnie, żebym ich natychmiast, ale to natychmiast wciągnęła na łódź. Okazało się, że zainteresowało się nimi sześć rekinów - pięć niegroźnych dwumetrowych black tip reef sharks i jeden żarłacz tępogłowy (ang. Bull shark).

Ten ostatni osiąga wielkość do 3.5 metra i zajmuje trzecią pozycję na liście najniebezpieczniejszych. Podobno najdłużej kręcił się wokół autora wszystkich zdjęć ilustrujących tę relację, może liczył na jakiś dobry portrecik.

Przy okazji tej przygody miejscowi rybacy, w słusznym przekonaniu, że odrobina grozy podnosi atrakcyjność miejsca (o ile nieszczęście przytrafia się komuś innemu, rzecz jasna), opowiedzieli, że nie dalej jak miesiąc wcześniej rekin zjadł dwie kąpiące się osoby. Niestety brytyjska pracownica centrum nurkowego Blue Zone, która najwyraźniej nie doceniła jeszcze marketingowego potencjału agresywnego rekina, zapewniła nas, że ostatni zarejestrowany w Omanie atak miał miejsce dwadzieścia lat temu, a i to był właściwie atak na tuńczyka, tyle że pech chciał, by tuńczyk znajdował się akurat w rękach rybaka. Niemniej jednak ci, którzy chcieli zobaczyć rekina - zobaczyli, ci, którzy nie chcieli - nie zobaczyli, a wszyscy mamy co opowiadać.

Na Fahal Island widzieliśmy również kłusownicze sieci - metalowe kopuły o średnicy może dwóch metrów, w których siedziały apatyczne, zrezygnowane i bajecznie kolorowe papugoryby. Smutny widok.

Podróż na Fahal Island była pierwszą, w której skorzystaliśmy z usług miejscowych rybaków. Awaria naszej łodzi zmusiła nas do poszukiwania innego transportu i zawiodła do pobliskiej wioski rybackiej - z daleka, a w gruncie rzeczy nawet i z bliska wyglądającej raczej na zamknięte dyplomatyczne osiedle, niż na zwykłą osadę. Rybacy z Muscatu nie wyglądają na milionerów, ale w porównaniu z nimi rybacy z norweskich Lofotów mieszkają naprawdę nędznie. Znają też angielski (mówią nim co prawda jak pani na lotnisku z "Misia", ale rozumieją bez problemu) i są jedynymi tubylcami, którzy w pracy noszą niemal wyłącznie europejskie ubrania.

I wreszcie nasza najdalsza wyprawa - do rezerwatu Daimaniyat Islands. Cudem zdobyte pozwolenie na nurkowanie było ważne tylko w ściśle określonym czasie, a że awaria łodzi wciąż nie była usunięta znów skazani byliśmy na pomoc rybaków. Tak naprawdę zresztą te rybackie łodzie doskonale się do naszych celów nadawały - pojemne, szybkie, z niską burtą - więc nie narzekaliśmy. Tym razem musieliśmy odjechać samochodami kilkadziesiąt kilometrów od Muscatu i dopiero tam nawiązać kontakt z rybakami. Miejscowi różnili się mocno od stołecznych rybaków - prawie w ogóle nie znali angielskiego, ale za to wyglądali znacznie bardziej malowniczo w tradycyjnych strojach, turbanach i ze zdziesiątkowanymi zębami. Byli jednak równie życzliwi i po przełamaniu pewnych obaw związanych z pozwoleniem na nurkowanie zabrali nas chętnie i za podobną cenę (20-25 RO - omańskich riali za dzień). Szczególnie uroczy był staruszek odziany w zdumiewającą kolekcję kolorowych łachów.

Na oko klasyczny lump, radośnie paradował w wyświechtanej kurtce z napisem "RICHMAN", jako żywy dowód, że bogatym jest ten, kto nie pragnie więcej, niż posiada.

Daimaniyat Islands zdecydowanie zasługują i na swoją sławę, i na ochronę. Bardzo czysta, przejrzysta woda kipi życiem. Poza tym, co w Omanie można spotkać wszędzie - tj. murenami, skorpenami, skrzydlicami, najeżkami i innymi rybami - widzieliśmy tu sporo mątw (niektóre w ogóle wydawały się nie bać i dawały podchodzić do siebie naprawdę blisko) i fantastyczne langusty - i to nie tylko wystające ze skały ich półmetrowe wąsy, ale całe okazy przechadzające się po dnie.Nie udało się zrobić zdjęcia waleniowi, którego potem w centrum zidentyfikowaliśmy jako false killer whale - mignął nam tylko ogonem w czasie naszego odpoczynku na łodzi, w odległości nie większej niż 10m. Rybacy kategorycznie odmówili pościgu - orka z racji samej swojej wielkości jest niebezpieczna dla łodzi, bo może ją po prostu przewrócić. 
Na oko zwierzę, które widzieliśmy, było od naszej łodzi półtora raza dłuższe.

Ostatniego dnia, korzystając z faktu, że nurkować już nie wolno, pojechaliśmy na wyprawę w głąb lądu. Znów otoczyły nas góry - znacznie wyższe, niż wokół Bandar Khayran, a przy tym równie nagie i surowe. Czerwone skały, czerwony żwir, czerwony piach - zasadniczo to jeszcze nie pustynia, ale trudno sobie wyobrazić, że coś może tu przeżyć. Równie dobrze moglibyśmy być na Marsie.

A jednak i tu zdarzają się żyźniejsze miejsca. Kilkakrotnie w czasie naszej podróży przecinaliśmy wadi, czyli szerokie doliny, które w czasie deszczu wypełniają się wodą. W dolinach rosną palmy i kolczaste zarośla - jedyne, co może przetrwać resztę roku.

Po przejechaniu przez pasmo gór, jakieś 30 km od Muscatu znaleźliśmy się w XVII-wiecznym forcie - niedużej, ale potężnie umocnionej warowni na wzgórzu, z widokiem na morze palm. Wnętrze podzielone na niewielkie pomieszczenia, połączone labiryntem przejść, korytarzy i klatek schodowych. Ładne to i klimatyczne, nie mam tylko pojęcia, gdzie tam się mieścili jacyś żołnierze?!

Do Muscatu wróciliśmy drugim ramieniem podkowy - mieliśmy zwiedzić jeszcze jeden, XIV-wieczny fort, ale niestety kiedy tam dotarliśmy, odbywało się w nim nabożeństwo, a nikt z nas nie miał siły czekać przez dwie godziny w ponad trzydziestostopniowym upale. Pojechaliśmy więc do miasta, a po drodze zobaczyliśmy wreszcie nasze pierwsze w czasie tego pobytu, a tak wyczekiwane wielbłądy!

Na koniec praktyczna informacja dla nurków - w okolicach Muscatu znajdują się dwie komory dekompresyjne. Jedna mieści się w centrum nurkowym Blue Zone Marina (tel. +968 737 288), druga w bazie marynarki wojennej Woodam (tel. +968 618 805 i 618 806, 1h 15min. samochodem z Muscatu). Szpitali jest dużo, ale podobno przyjazdu karetki doczekać się może tylko ten, kto ją zamówił za młodu - lepiej zdać się na własny transport. Nasze międzynarodowe prawo jazdy jest tu honorowane, choć Omanu nie zamieszczono na liście krajów wymienionych w dokumencie.

Świetne nurkowania, fantastyczne księżycowe krajobrazy, dobre drogi, życzliwi ludzie - a to jeszcze nie wszystkie zalety Omanu. Poza tym nie ma tu podatków, na emeryturę idzie się po piętnastu latach pracy, każdy, kto chce się żenić, dostaje od sułtana ziemię na budowę domu, a regulowana ustawowo maksymalna cena za żonę to tylko 2.000 riali (równowartość 20.000 PLN), czyli sporo mniej, niż trzeba zapłacić za przyzwoitego wyścigowego wielbłąda.

Wydawałoby się - żyć, nie umierać. Jest jednak powód, dla którego żadne z nas (przynajmniej z naszej nurkowej ekipy) nie mogłoby się tu nigdy poczuć jak u siebie w domu. Ci, którzy wiedzą, czego szukać, szybko zauważą zakratowane szare witryny, bez żadnych szyldów, reklam, czy informacji. To właśnie tutaj legalnie zatrudnieni cudzoziemcy - i wyłącznie oni - mogą wykupić swój miesięczny deputat alkoholu (50 riali - 500 PLN). Reszta skazana jest na picie po hotelach, gdzie mała puszka cienkiego amerykańskiego Budweisera (o czeskim nawet tu nie słyszano) kosztuje 3 riale (30 PLN). No i oczywiście nigdzie nie uświadczysz schabowego. Nie ma róży bez kolców...

Tekst: Izabela Kapuściarek
fot. Robert Borzymek
 
Joomla SEF URLs by Artio