• Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Rozpocznij kurs nurkowania 17.12.2018 lub 07.01.2019 w Warszawie

 

Zadzwoń: 504 16 20 14




2004/09 Brothers Islands na Morzu Czerwonym

Safari nurkowe Brothers Island, Egipt

Safari nurkowe w Egipcie na Brothers Islands. Jedno z najpiękniejszych miejsc nurkowych na świecie. Przed naszym wyjazdem pod koniec września 2004 zapowiadało się obiecująco. Po powrocie każdy chyba stwierdził, że safari przerosło jego oczekiwania. A już na pewno ja, który do tej pory nurał tylko w polskich jeziorach.

Po przylocie do Hurghady pojechaliśmy prosto na naszą łódź Sea Flower, na której mieliśmy spędzić następnych 6 dni. 4 pokłady, 2 pontony, 8 osób załogi, 20 nurków. Niektórzy mieli już na liczniku ponad tysiąc nurkowań.

Wieczorem pojechaliśmy do centrum coś zjeść. I zjedliśmy. Owoce morza - langusty, kraby, krewetki, pycha. Wykazaliśmy się wybitnymi zdolnościami negocjacyjnymi (w Egipcie trzeba wszystko negocjować, zanim się kupi) i lekko, delikatnie mówiąc, przepłaciliśmy. Ale i tak w Polsce takie żarcie trudno znaleźć. Potem krótki spacer. Chodząc po ulicach trudno jest coś obejrzeć nie będąc nagabywanym przez ulicznych sprzedawców, naganiaczy do pubów, czy restauracji. Sprawdzoną metodą jest wlepienie wzroku przed siebie i traktowanie ich jak najpopularniejszą mieszaninę oddechową. To działa, lecz pozostawia Cię w przekonaniu, żeś prostak i pyszałek. No bo jak tu nie zagadać, kiedy Egipcjanin zachwala swój towar po polsku, rzucając w Twoją stronę "zaje..... cena"? Na koniec już tylko piwko, szisza i z powrotem na łódź. Tym razem byliśmy bardziej przebiegli i nie zadawalając się i tak niskimi opłatami za przejazd proponowanymi przez busiki, wsiedliśmy dopiero do trzeciego pojazdu, który przewiózł nas na miejsce po stawce dla Egipcjan.

Po krótkiej nocy odbiliśmy od brzegu, aby rozpocząć rejs do miejsc, gdzie żyją rekiny. Co prawda pierwszego dnia ich nie spotkaliśmy, ale też nie było takich planów. Pierwsze nurkowanie odbyliśmy na rafie Gota Abu Ramada, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Rafę Papy Ramady.

Po umówieniu przez naszego lokalnego przewodnika, wbijamy się w pianki, w sprzęt i hopa do wody. Od razu czuję, że jestem w wodzie o wyższym zasoleniu i temperaturze, niż w Świętajnie. Spoglądam pod wodę i widzę dno na kilkunastu metrach! Nie do pomyślenia w Polsce. Schodzimy w dół i zaczynamy podwodną wycieczkę wokół rafy. Bogactwo kolorów, form, ryb przyprawia mnie, przywykłego jedynie do okoni, szczupaków, raków i podwodnych łąk, o kolorowy zawrót głowy. A nawet jeszcze nie jesteśmy na Brothers Islands... Z lewej przemykają zawsze trzymające się parami żółto-granatowe Red Sea bannerfish. Z prawej powyżej spokojnie płynie ławica żółtych ryb, gdzie indziej ganiają się czarne, których nazw nawet nie znam.

Zagłębiamy się pomiędzy kolumny skalne obrośnięte koralowcami. Dostrzegam skorpenę, która niczym kameleon maskuje się na rafie. Wszędzie wokół w zagłębieniach koralowców kryją się małe, kilkucentymetrowe rybki. Są też duże, kilkudziesięciocentymetrowe papugowate ryby, które stwardniałymi jak dzioby gębami gryzą rafę w poszukiwaniu pożywienia. Obliczamy, że nie starczy nam powietrza na opłynięcie rafy, więc zawracamy. W dalszym ciągu napawam się niezwykłymi dla mnie widokami. Jest barwnie, a promienie słońca przebijające się przez pofalowaną taflę wody nadają temu widowisku dodatkowego smaku. Nagle dostrzegam jakiś ruch pode mną i teraz widzę 1.5 metrową murenę. Jest za daleko do buddy'iego, żebym mógł mu ją pokazać, więc egoistycznie delektuję się jej wężowymi ruchami, aż znika pod nawisem skalnym. Jak się potem okaże, byłem wśród nielicznego grona, które miało to szczęście. Na koniec walczymy z prądem, autentycznie czuję pot na czole i karku. Widać z tego, że nawet w wodzie można się nieźle napocić. Wychodzę na 10 atmosferach, ale plułbym sobie w brodę, gdybym skończył z większym zapasem.

Po obiedzie za cel obraliśmy sobie wrak promu Salem Express, który przeciążony zatonął 13 lat temu. Kapitan chciał skrócić drogę do portu, ale to nie popłaciło. W katastrofie zginęło więcej osób, niż teoretycznie mogło wejść na pokład. Wiatr i fale, które towarzyszyły nam od rana, nieco osłabły, ale po zakotwiczeniu na wraku mieliśmy odprawę z przodu łodzi, gdzie bujało, bujało, bujało... Tam właśnie chwyciły mnie pierwsze objawy choroby morskiej i zacząłem wzbierać. Sprzęt ubrałem zaciskając zęby i klnąc na spaliny, które wcale mi nie pomagały.

W końcu skok do wody i wreszcie spokój, już nie buja, zapominam o problemach żołądkowych. Opuszczamy się w dół w kierunku środka lewej burty (Salem Express leży na prawej). Jestem zbyt podniecony pierwszym nurkowaniem na wraku, żebym mógł go objąć wzrokiem całego. Zresztą może jest za duży. Spadam dalej w kierunku dwóch potężnych kominów i nie wiadomo kiedy jestem na 30 metrach. Dalej drałujemy w kierunku dziobu, przez którego wyrwę wdarła się woda, która zatopiła statek. Pod dziobem w cieniu odpoczywa metrowy grouper. Wypływamy wyżej, zerkamy na kotwicę Salema i zniesieni prądem zbliżamy się do linii okien tuż pod pokładem. Zaglądamy do środka, widać łóżka, a raczej sprężyny i pianki, które z nich zostały. Mija chwila, zanim zdaję sobie sprawę, co widziałem. Spod spodu wydobywają się nagle bąbelki powietrza, to kilku śmiałków, którzy zapuszczają się do w głąb wraku. Ja jeszcze trochę na to poczekam. Póki co, wrażam swój tułów do jadalni, aby zobaczyć stoły przybite do ściany, jakby konstruktor dokonał jakiejś pomyłki.

Gdzieś obok, w załomie kadłuba czai się skrzydlica, niewielka, ale jakże groźna dla człowieka ryba. Gdyby nadziać się na jeden z jej jadowitych kolców, można opuścić ziemski padół w dwie godziny. To i tak niewiele w porównaniu z tym, co może wyrządzić jad pewnego morskiego ślimaka, kilkakrotnie mocniejszy od kobry. Zgon następuje w kilkanaście sekund, nawet nie starcza czasu, żeby się wynurzyć... Oglądamy jeszcze chwilę konstrukcję Salema, po czym odpływamy w stronę naszej łodzi. Do teraz żałuję, że nie obejrzałem się w ostatniej chwili za siebie, żeby zobaczyć go całego. No i pewne jest, że jedno nurkowanie to niestety za mało, żeby dobrze poznać wrak, przydałyby się jeszcze ze dwa.

Po wyjściu z wody choroba morska przystąpiła do kontrataku. Poradziłem sobie z nią łykając tajemniczą pomarańczową tabletkę i zapadając w drzemkę. Obudziłem się 2 godziny później na hasło "zaczynamy nocne!" Lecz ja, niczym jakiś frajer nie wziąłem żadnej latarki. Na szczęście poratował mnie nasz lokalny przewodnik, dając mi swoją zapasową. A po co mu, skoro i tak nie nurkował. Na nocne zatrzymaliśmy się w Aum Halhala, (co dla odmiany oznacza Mamę Halhali), płytkiej, 12 metrowej mieliźnie w okolicy Safagi.

Omówienie, sprzęt i hop do wody. Zapalamy latarki i zanurzamy się. Ryby jakby się pochowały, widać ich naprawdę mniej, większość w popłochu umyka przed światłem latarek. Nie oznacza to jednak, że rafa zamarła. Drażnimy trochę ryby nadymki, które śmiesznie obracają się do nas tylną płetwą, jakby nie chciały wcale z nami gadać. Nagle mój partnur wyławia wzrokiem metrową rybę krokodyla. Nazwa jest wprost doskonała. Gdyby nie jej płetwy, można by pomyśleć, że to krokodyl z Nilu. A mówią, że narkoza azotowa występuje poniżej 24 metrów, a nie 10. Ryba kłapie lekko paszczą drzemiąc na piaszczystym dnie, sama ma ten sam żółtawy kolor. Trochę jeszcze ganiamy za krokodylkiem, aż nasza pogoń ściąga innych nurków, którzy przejmują od nas opiekę nad rybą. My zaś udajemy się na łódź. Po drodze widzimy jeszcze maleńkiego, pomarańczowo-czarnego ślimaka nagoskrzelnego.

Po nocniaku kapitan skierował naszą łódź ku głównemu celowi naszej wyprawy - Wyspom Braci. Jako że pogoda dopisywała, sporo osób zdecydowało się spać na środkowym pokładzie pod gwiazdami, no może odrobinę przesadzam, pod zadaszeniem chroniącym w dzień przed skwarem słonecznym. Mimo wszystko wiatr dął i dął, przez co spałem w sposób urywany. Zanim dopłynęliśmy do celu miałem przepotworny, przerażający koszmar. Śniło mi się, że jest czwartek i właśnie wychodzę z pracy. Powoli dociera do mnie, że powinienem być na safari, przecież oddałem dopiero 3 nury. Nie to niemożliwe, to nie mogło skończyć się tak nagle! Nawet nie byłem na Brothers Islands! Budzę się w końcu z tego strasznego snu, budzę się ze smutkiem, bo wciąż w niego wierzę, był tak nieznośnie realny. Na szczęście była trzecia rano, właśnie rozpoczynaliśmy powolne kotwiczenie do Big Brother Island. Wyspa to po prostu kawał skały długi na 400, szeroki na 50 metrów. Latarnia morska na wyspie świeciła ostrzegając statki, które chciałyby tędy przepłynąć. Na niebie świecił księżyc, była prawie pełnia. Zaraz po odnotowaniu tych faktów zasnąłem i spałem aż do pobudki o szóstej rano, (kto o zdrowych zmysłach wstaje w wakacje tak wcześnie?!). Umówiliśmy się tak z przewodnikiem, aby wykiwać inne zakotwiczone łodzie i jako pierwsi wejść pod wodę. Jak się później pod wodą okazało, nie tylko nasz przewodnik miał taki chytry plan.

Po odprawie wbijamy się w sprzęt i wskakujemy na pontony. Niczym komandosi przedzieramy się przez półtorametrowe fale. W strefie zrzutu, na północ od wyspy, z wypompowanymi jacketami robimy przewrót w tył i szybko się zanurzamy. Gdybyśmy chwilę zostali na powierzchni, mocne fale mogłyby nami cisnąć o skalisty brzeg, a przecież nie po to tu przyjechaliśmy. Niemal natychmiast naszym oczom ukazuje się wrak Numidii, spoczywający na głębokości od 8 do 86 metrów. Numidia - statek cargo, który zatonęła w 1901 roku, kiedy to marynarz dyżurujący na nocnej wachcie zasnął, a prąd zniósł statek prosto na rafę. Nikt nie zginął, większość ładunku również uratowano. Dzięki tej ludzkiej pomyłce oglądamy teraz ten niewiarygodnie porośnięty koralami wrak. Schodzimy głęboko, na 40 metrów, widoczność jest fantastyczna, widać rafę tuż przy powierzchni i mój analityczny umysł podpowiada mi, że widoczność sięga 40-50 metrów! Niesamowite. Z perspektywy czasu nawet trudno mi powiedzieć, co tam widziałem. Korale, mnóstwo korali, czasem trudno odróżnić wrak od rafy, nie to, co te nędzne kępki na Salemie.

Zaraz po obejrzeniu wraku zaczynamy wielką wędrówkę w dryfie przy wschodniej ścianie fundamentów wyspy. Gdybym miał powiedzieć, ile rybek tam widziałem, rzuciłbym bez wahania - kilka milionów. Od 2-3 centymetrowych pomarańczowych strzępieli i innych czarnych rybek kryjących się w koralowcach, przez większe kilkunastocentymetrowe niegroźne kolorowe ryby, groupery szczerzące kły, podłużne, chude jak patyki ryby klarnety, potężne, kilkudziesięciocentymetrowe tuńczykowate, wysmukłe, drapieżne barrakudy wielkie, na rekinie kosogonie (ang. tresher shark) kończąc. Jeden z przedstawicieli tego gatunku krąży gdzieś obok nas w toni, drugi 30-40 metrów pod nami. Mają niesamowicie długie ogony, którymi majestatycznie kręcą to w lewo to w prawo. Oba mają chyba z 2-2,5 metra. To po to tak naprawdę każdy tu przyjechał... Płyniemy dalej, sprawdzamy powietrze - ja mam już tylko 50 atmosfer, mój buddy 80. Jak on to robi? No i od razu wiem, że przeze mnie będzie nurkował krócej, niżby mógł. Jak się później okaże, wykazałem poprawę w gospodarowaniu mieszaniną oddechową i zazwyczaj kończyliśmy z podobną ilością powietrza w butli. Koniec końców wychodzimy po tym inauguracyjnym nurkowaniu na Wyspach Braci.

Zaraz po nim, rzuciliśmy się na śniadanie wygłodniali jak wilki, a raczej w dobrym tonie byłoby powiedzieć, jak rekiny. Potem drzemka regeneracyjna i już człowiek zapomniał, że spał tylko 6 godzin.

Przed, czy po obiedzie, kto by to spamiętał, wyruszamy pontonem na drugie tego dnia nurkowanie. Zazwyczaj nurkowaliśmy w ekipie złożonej z 4 nurków. Tak było i tym razem. Zrzut znów na Numidię. Tym razem obserwujemy ją od nieco innej strony, nie umyka naszym bystrym oczom charakterystyczne koło do lokomotywy, które ongiś transportowała Numidia (koła, nie lokomotywy). Jest tak porośnięte, że jeszcze drugie 100 lat i nie będzie widać masywnych szprych - zarosną. Tym razem decydujemy się na powrót w kierunku łodzi przy zachodniej, lepiej teraz doświetlonej ścianie. Przepływamy z szelmowskimi uśmiechami nad drugim wrakiem, który nie oparł się Dużemu Bratu, wrakiem Aidy - wiemy, że jutro zaczynamy właśnie tam. Już nie jest tak łatwo, jak za pierwszym razem, trzeba trochę popedałować, prądy zaczynają się sprzysięgać przeciwko nam.

O ile wcześniej opisywałem bogactwo ryb, teraz kilka słów o koralowcach, gorgoniach i roślinach. Jeśli wyobrazisz sobie pionową, 80 metrową skałę porośniętą najróżniejszymi drzewkami bonsai, oblepionych gąbkami i grzybami i innymi podobnymi formami, pomnożysz to przez wszystkie kolory, jakie znasz, wprawisz to w delikatny ruch, to będziesz miał namiastkę tego, co widzieliśmy pod wodą. Część z tego bajecznego krajobrazu jest twarda jak kamień, cześć faluje pod wpływem prądów, część otwiera się i zamyka, część drga, a wszystko kryje w sobie mnóstwo małych rybek. Jednym słowem ta rafa żyje - brzmi banalnie, ale tak naprawdę jest. Całego tego pięknego wrażenia nie psują chyba nawet pielgrzymki nurków, których pełno pod wodą. W jednej chwili doliczam się 20 postaci przede mną. Nawet nie chcę się obracać do tyłu. Na pociechę, żaden z nurków nie mąci dna - znajduje się ono głęboko pod nami, w 100-200 metrowej otchłani. Kończymy nurkowanie mijając ławicę śledzi, czy makreli, która do cna skołowaciała - setki ryb wiruje wokół sobie znanego środka ciężkości. Dlaczego barrakudy na nie nie polują? Byłoby niezłe widowisko.

Podczas tego nurkowania jeden z naszej czwórki gubi komputer, najprawdopodobniej w momencie zrzutu z pontonu. Tak przynajmniej utrzymuje. Pech. Jak się jednak okaże ostatniego dnia, podczas pakowania bagaży, komputer przeleżał spokojnie w skrzynce na pokładzie naszej łodzi. Niestety odnalezienie komputera zostanie okupione zgubieniem zegarka, pewnie gdzieś pod wodą. Z dwojga złego lepszy chyba taki obrót spraw. Przynajmniej dla naszego towarzysza, bo Neptun z zegarka będzie miał mniejszy pożytek, niż z komputera. Teraz nie wie, czy nie zahacza przypadkiem o dekompresję...

Trzecie, ostatnie tego dnia nurkowanie rozpoczęliśmy od rozmyślań, co tu teraz zrobić. Przewodnik zaproponował 3 scenariusze, a że było nas 20 osób, szybko wyszło z tego 60 opcji, plus kilka scenariuszy autorskich. Koniec końców zdecydowaliśmy się.

Skaczemy z łodzi i ciągniemy w czwórkę do liny kotwicznej spuszczonej w 100 metrową otchłań. Trzymamy się liny i czatujemy na rekiny, przewiercając wzrokiem toń. Podobno często tu pływają. Czatom towarzyszy dreszczyk. Po 5 minutach nasza cierpliwość zostaje połowicznie wynagrodzona - przepływa pod nami metrowy napoleon z groźnym marsem na czole. Odkotwiczamy się i płyniemy przy ścianie rafy podziwiając koralowce. Od strony zachodniej jest bardziej poszarpana niewielkimi zatokami, w które chętnie się zagłębiamy. Przepływamy nad rybami klarnetami, które w stadach formują się w proste litery X, I, V, N, oczywiście przy popuszczonej wyobraźni. Przecież nie umieją czytać. Z małej groty wyławiamy groupera, który szczerzy na nas swoje kły. A może tylko z nas drwi? Złośliwiec jeden wie, że mamy już tylko 20 atmosfer i kończymy nura.

Po nurkowaniu odwiedziliśmy jeszcze latarnika. Zdążyliśmy na zachód słońca. Niektórzy kupili pamiątkowe koszulki rysunkiem przedstawiającym Brothers Islands. Po kolacji część z nas rwała się jeszcze do nocniaka, ale niestety akwen wokół Wysp Braci jest zbyt niebezpieczny - za sprawą prądów i żerujących rekinów. I właśnie na te ostatnie urządziliśmy sobie polowanie. Choć w ostatecznym rozrachunku było chyba na odwrót - to one polowały na kilku przedstawicieli naszego gatunku.

Nie czekamy długo. Jest! Tam za rufą! Wszyscy biegniemy, dobrze, że łodzi nie przewróci. Kupą mości panowie, rekin! To chyba 2 metrowy Rafowy rekin szary łac. Carcharhinus amblyrhynchos. Z początku pływa sobie spokojnie pomiędzy dziesięcioma zakotwiczonymi łodziami, co jakiś czas zaszczycając swą obecnością naszą i sąsiednią łódź. Ale my jesteśmy zazdrośni, chcemy mieć tego rekina na własność. Więc chwytamy się różnych sposobów. Pluskamy po wodzie, opuszczamy latarki. Pewien Niemiec z sąsiedniej łodzi idzie na całość - zabiera maskę, fajkę i latarkę i trzymając się drabinki zsuwa się do wody w poszukiwaniu rekina. Nagle rekin zawraca, kierując się w stronę światła. Czego Niemiec nie widzi. Jeszcze nie widzi. Słysząc krzyki z dwóch łodzi dostaje nagłego przyspieszenia i w strachu i desperacji wprost wskakuje na drabinkę. Rekin depta mu po piętach, ale nie tyka go ani trochę. Może chłopak nie mył od wczoraj stóp?

Czy mył, czy nie, zwalcza strach i znów schodzi pod wodę. Z naszej łodzi jest już w wodzie kamerzysta, pragnący zarobić parę groszy, wysyłając potencjalnie drastyczny materiał do Reality TV. Jest w piance, jemu rekin nie zagrozi. Niemiec zaprasza do zabawy swoją dziewczynę, która po chwili podobnie jak i on czepia się drabinki. Ciekawe, czy w razie ataku rekina zachowa się jak gentleman... Jednak trzyma fason. Do ostatniej chwili jest w wodzie, chroni swoją panią. Rekin podpływa aż do drabinki, jest dosłownie pół metra od naszego bohatera zza Odry. I tu kończy się zabawa, rekin ma już wszystkiego dosyć i nie wraca już tej nocy.

Drugi dzień na Dużym Bracie zaczęliśmy pobudką o 7 i odprawą. Coś nie najlepiej się wtedy czułem, bo długo zeszłego dnia opisywałem przygody z rekinem. Wtedy jeszcze wydawały mi się maksymalnie hardcorowe...

Ale twardym trzeba być nie miękkim, więc wbijam się w piankę, w sprzęt i wskakuję na ponton. Ten znów płynie z nami na północną stronę rafy i znów skaczemy do wody. Jednak tym razem opadamy na wrak Aidy. Zatonęła w 1957 roku, kiedy pomimo wzburzonego morza przybiła do pomostu z dostawą towarów dla latarników. W czasie rozładunku, potężne fale wepchnęły ją na skały, roztrzaskując kadłub. Załogę ewakuowano w całości, Aida zaś rozpadła się na dwie części. Tylna część spoczywa pionowo na głębokości od 28 do 52 metrów, ktoś, kto zanurzyłby się tak głęboko, ujrzałby napis Aida na rufie. Przednia część opadła znacznie niżej, poniżej 100 metrów. Przyglądając się nieprawdopodobnemu kątowi, pod jakim spoczywa tylna część wraku, zastanawiam się, jak on się tam utrzymuje? Jest nieźle wryty kadłubem w rafę, dzięki czemu przed oczami mamy cały jego pokład, a właściwie już tylko metalowe rusztowania, na których kiedyś rozpościerały się deski pokładu.

Wszystko jest porośnięte koralowcami, właściwie prawie nie dostrzegam różnicy pomiędzy ich ilością na NumidiiAidzie. 100 czy 50 lat, to widać niewielka dla korali różnica. Wkrótce rozpoczynamy powolny spływ w kierunku łodzi. Pomaga nam mocny prąd, więc tylko lekko odpychamy się płetwami kontrolując kierunek. Jak zwykle na wysokości 1/3 wyspy przepływamy nad znajomym rekinem, kosogonem, którego strefa wpływów (do brzucha) rozciąga się na 50 metrach głębokości. Podziwiamy rafę, zaglądając tu i tam w poszukiwaniu grouperów. Co rusz przemykają barrakudy wielkie, które mnie przypominają nasze polskie szczupaki, tyle, że są niebiesko-srebrne, a nie zielone. No i ze 3-4 razy większe. Spokojnie podpływamy do łodzi, a na powierzchni niespodzianka - fale niemal grzmocą nami o rufę i z trudem wdrapujemy się na pokład.

Po tym nurkowaniu kondycja się we mnie załamała, śniadanie zjadłem baaardzo skromne, po czym uderzyłem w kimono. Przed drugim nurkowaniem czułem się niewiele lepiej. Po stoczeniu wewnętrznej walki, zdecydowałem się jednak zanurkować. Tuż po odprawie przybył do nas w poszukiwaniu lekarza posłaniec z innej łodzi. Okazało się, że ktoś zahaczył o linę cumującą przepływając pod spodem na pontonie. Zahaczył dość nieszczęśliwie. Głową. Miał krwisty prąg na szyi, i rozszarpaną wargę. Szczęśliwie w naszej ekipie nurkowały dwie panie doktor, które bezzwłocznie pospieszyły z pomocą. Przysięga Hipokratesa zobowiązuje ("Będę stosował zabiegi lecznicze wedle mych możności i rozeznania ku pożytkowi chorych, broniąc ich od uszczerbku i krzywdy�"). Zszyły wargę jedynymi dostępnymi narzędziami, niestety niezbyt odkażonymi, zatem poleciły, aby udać się z pechowcem do szpitala na ląd. Bardzo sprytny ruch, w ten sposób w okolicy liczba nurków spadła o 20.

Scenariusz następnego nurkowania miał być następujący: mieliśmy być zrzuceni nad Numidię, nurkować w trójkę i wrócić od wschodniej strony. Nic nie poszło zgodnie z planem.

Z pontonu spadamy prawie na Aidę, więc podpedałowujemy w stronę Numidii, niestety pod prąd. Tam oglądamy wrak z bliska, po czym jak tylko wychylamy się zza wraku, bardzo silny prąd zdmuchuje nas wypychając w wielki błękit. Desperacko walczymy z prądem przez chwil parę. I odpuszczamy. Nie damy rady. Więc znów czeka nas powrót od strony zachodniej. Tymczasem nasz trzyosobowy szyk się wydłuża. Z tyłu na wraku wciąż pstryka zdjęcia mój stały partnur, drugi oddala się przede mną. Staram się go przywołać, ale spróbuj tu zawołać! Więc godzę się z tym, że znika w końcu w oddali kontynuując tego nura samemu, ja zaś czekam na swojego buddiego. Po tym, jak jesteśmy blisko, dogadujemy się szybko, że trzeci jest z przodu.

Rozpoczynamy pogoń, ale prąd nam wcale nie pomaga. Zmęczeni wynurzamy się w połowie wysokości wyspy i wypuszczamy bojkę. Po chwili podpływa nasz ponton i zabiera nas. Jakoś nie dogadujemy się ze sternikiem, czy zabierał trzeciego - za słabo znamy egipski, on kiepsko polski i angielski. W pobliżu wyławiamy jeszcze 4 nurków i z niepokojem wypatrujemy na falach naszego trzeciego. Odnajduje się dopiero na łodzi, kiedy przed nami wspina się po drabince. Nieźle. Nie dość, że przepłynął taki kawał w niesprzyjającym prądzie, to jeszcze jak szybko! Ale tak naprawdę nie powinien się od nas odłączać.

Po tym nurkowaniu kompletnie sflaczałem, obiadu nawet nie tknąłem (ja!), lecz spałem, spałem i spałem. Spałem, gdy przepływaliśmy na big Brother Island, spałem, gdy większość poszła na trzecie tego dnia nurkowanie. Nie ruszyłem się nawet na gromkie okrzyki załogi "shark, shark!". Ktoś zwabił kurczakiem na lince ze trzy rekiny, które pływały wokół, aż któryś nie dopadł wreszcie kurczaka i go schrupał. Na kolację zjadłem małe co nieco, aby przygotować grunt pod magiczną, pomarańczową tabletkę. To, plus solidny sen sprawiło, że następnego dnia wrócił do mnie i apetyt i, co ważniejsze, ochota na nurkowanie. Wreszcie obejrzałem Małego Brata, który na oko zdawał się być połowa Dużego, zatem 200 na 50 metrów. Wyspa to raczej kawał żółtawo brązowej skały, wystającej jakieś 10 metrów ponad poziom morza, płaskiej na górze, a poszarpanej przez fale u podstawy. Na jej środku powiewała dumnie egipska flaga, wyraźny znak, do kogo należy to terytorium. Na podstawie zapewnień przewodnika, urosły nasze oczekiwania co do atrakcyjności nurkowań w tym miejscu. Brak wraków miały nam zrekompensować rekiny i żółwie. Zrekompensowały.

Przed śniadaniem zaczynamy od zrzutu z pontonu od północnej strony wyspy. Przerzut przez plecy, chwila dezorientacji i już opadamy w dół. Mijamy plateau na 10 metrach, aby zatrzymać się na ponad 40. Jest nas sporo, 10 osób. Ktoś wskazuje w głębinę i przykłada otwartą dłoń do czoła - znak, że gdzieś tam jest rekin. Spoglądam w dół, ale go nie widzę. Nagle z tyłu, zupełnie znienacka, pomiędzy nami w odległości dosłownie kilku metrów przepływa 2 metrowy szary rekin rafowy. Odpływa zostawiając nas z rogalami na twarzach. Potem już wracamy spokojnie z prądem aż do łodzi podziwiając życie rafy. Na końcu ściany przepływamy nad lasem gorgonii, rozciągającego się na głębokości od 25 do 65 metrów. Po wyjściu na powierzchnię kilka osób drażni się z nami, twierdząc, że widziało żółwia.

Drugie nurkowanie zaczęło się na tyle wcześnie, że wydawało się, że dziś zrobimy ich cztery. Obfitowało w spotkania z pięknymi okazami. Najpierw znów szary rekin rafowy. Tym razem dostrzegam go dość późno, jego szary kolor zapewnia mu niezły kamuflaż. Przepływa pode mną jakieś 10 metrów. Pokazuje go innym nurkom, wykonuję frenetyczne ruchy, starając się zwrócić ich innych. Niestety rekin nie zawraca, znikając w wielkim błękicie. Drałujemy dalej, aż do grupki nurków, która dosłownie oblepia ogromnego, ponad metrowego żółwia zielonego, pałaszującego roślinki. Ci, co mają sprzęt, próbują się dopchać, żeby go nakręcić, czy sfotografować. Ale nie jest łatwo, trzeba przepychać się przez tłum. Wreszcie żółw ze znudzoną miną odpływa w kierunku powierzchni, aby zaczerpnąć tchu. Na sam koniec chwytamy się liny kotwicznej na 5 metrach i czatujemy na rekiny. Ale te cwaniaki krążą gdzieś pod nami na 40-50 metrach. Nareszcie podpływa do nas olbrzymi ponad metrowy napoleon, zupełnie nieszkodliwa rybka. Dosyć z siebie zadowolony, bo pokazuje się nam to z prawa to z lewa. Niebiesko zielona łuska na jego bokach połyskuje w słońcu. Czekamy jeszcze chwilę, ale rekinów ani widu, ani słychu, więc wynurzamy się.

Po naszym ostatnim nurkowaniu na Brothers Islands, wypłynęliśmy na rejs ku miastu Marsa Alam. Po drodze, już w nocy zakotwiczyliśmy przy rafie Elphen Ston (ups, nie mam tłumaczenia). Rano pobudka po szóstej i odprawa.

Razem z partnurem decydujemy się zaliczyć 50-tkę. Czy się uda? Czy może dostanę narkozy azotowej? Skaczemy z łodzi do wody i zanurzamy się. Opadamy lekko z prądem na łagodny stok. Na 40 metrach buddy daje znak - schodzimy niżej. Odpowiadam OK i schodzimy na 50 metrów, co uwieczniamy pamiątkową fotką. Mój komputer pokazuje tylko dwie minuty do dekompresji, komputer partnura już tylko jedną. Zatem zaczynamy spokojne wypłycanie, obserwując pionowy stok obrośnięty koralami. Nie udaje nam się spotkać manty, która rzekomo ma tu swoją strefę wpływów. Ktoś inny ma to szczęście. Podobno.

Na drugie nurkowanie na plateau spuszcza nas ponton. Pod wodą na dzień dobry niespodzianka - 2 metrowy rafowy żarłacz białopłetwy (ang. reef white tip shark). I od razu cała wataha nurków z naszego pontonu napiera w jego kierunku. Jesteśmy blisko, rekin przepływa w odległości 10 metrów. Tak naprawdę, to wtedy tylko mi się wydawało, że to blisko. Ale o tym zaraz. Z tamtego miejsca rozpoczynamy tradycyjnie wypłycać, tym razem jednak od drugiej strony rafy. Po drodze mijamy kilka skrzydlic i skorpenę doskonale zakamuflowaną wśród korali. Mój buddy polował jeszcze na stone fish, ale się nie udało.

Po powrocie na łódź okazało się, że wokół krąży kilka oceanicznych żarłaczy białopłetwych (ang. oceanic white tip shark). Spora część ekipy rzuca się do wody w poszukiwaniu emocji. Chyba z dziesięć osób otacza rekiny, których w końcu krąży pod wodą cztery. Są największe ze wszystkich, które do tej pory widzieliśmy - 2-3 metrowe. Załoga wzywa nas na obiad, ale kto by sobie zaprzątał jedzeniem w takiej chwili? Mnie optymistyczne przeczucie podpowiada, że żarłacze będą czekać na nas po obiedzie. I tak w rzeczy samej jest.

Już po posiłku wkładam płetwy, maskę, fajkę i skaczę do wody. Czas zażyć adrenaliny. Po to w końcu (między innymi) przyjechałem. Jest! Jeden żarłacz białopłetwy! 2,5 metra pięknego rekina, obdarzonego potężnymi bocznymi płetwami, niczym stateczniki wodolotu. Za złowrogo łypiącymi oczami widać dokładnie pięć charakterystycznych chrap skrzeli. Tuż przy nim płyną niezmordowane małe rybki, które najwidoczniej żyją z nim w symbiozie i liczą na ochłapy z pańskiego, rekiniego stołu. Nieco dalej, również tylko w płetwach i masce pływa kamerzysta z naszej łodzi.. Z początku obserwuję rekina z 10 metrów. Ale po chwili on zaczyna zmierzać w moim kierunku. I płynie, jest coraz bliżej, ja do łodzi mam 10-15 metrów. Tam nie zdążę. Co tu robić, zejść mu z drogi? Raczej tak, choć wtedy będę chlupał, a to je przecież przyciąga... Wybieram jednak skok w bok, wtedy on skręca, oczywiście w moją stronę. Serce mi już poważnie przyspiesza, czy on to słyszy? Po czym mam poznać, czy mnie zaatakuje? Chyba ma podnieść boczne płetwy. Będę miał chwilkę, żeby się do niego ustawić płetwami tak, że jakby chciał mnie dziabnąć, to zostanie z kawałkiem mojej płetwy.

Oj, miałbym niezłą pamiątkę - resztkę płetwy ocalałą po ataku żarłacza! Jest już metr ode mnie, wreszcie skręca. Ufff. Dedukuję, że może wcale nie jest głodny. Oddala się i znika mi z oczu. Nagle krzyki z łodzi, wyglądam z wody, gdzie wskazują. Rekin za mną. Wypływa spod naszej łodzi i scenariusz igraszek się powtarza. Znów płynie prosto na mnie tym swoim charakterystycznym sposobem, poruszając płetwą ogonową w jedną stronę, potężnym łbem w drugą. I znów mija mnie w ostatniej chwili. Po piątym takim spotkaniu stwierdzam, że nie będę mu więcej pompował adrenaliny, bo się nabawi biedak jakiejś wady serca. Teraz odpływam trochę na bok i trzymam się pontonu, na który w każdej chwili mogę wskoczyć. Obserwuję, co wyprawia nasz zdolny do poświęceń operator kamery. A on tam szaleje w tańcu w żarłaczem, bawi się z nim, droczy. Rekin podpływa tak blisko, że tyka nosem w kamerę. Po chwili jakiś mądrala wrzuca kurczaka do wody, który zaczyna powoli opadać w otchłań. Momentalnie, nie wiadomo skąd pojawia się przyjaciel naszego rekina, a że przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi, to operator z tym większą chęcią pluska się wśród nich. One biorą go w dwa ognie i coś jakby przyspieszają. No cóż, po chwili za łagodną namową swej dziewczyny, operator opuszcza wodę ostatni, pozostawiając pogrążone w smutku rekiny.

Zaraz po wyjściu z wody obejrzeliśmy nagrany przed chwilą film. Tytuł aż cisnął się na usta - "Szczęki 4". Obejrzeliśmy go z zapartym tchem, ciesząc się jak dzieci, gdy rekin z kilkunastu centymetrów puszczał oko do kamery. Premierowy pokaz zamknął huragan braw. Następne nurkowanie w tym miejscu nie było już aż tak ekscytujące, jeśli nie liczyć mureny prześlizgującej się od groty do groty, kilku rybek Nemo, żyjących zawsze parami w nietypowym ukwiale i rekina witającego nas przy powrocie do łodzi. Potem udaliśmy się do Gota Marsa Alam na nocne nurkowanie, które nie zapadło jakoś w mojej pamięci. Zostaliśmy przy tej wygiętej jak rogal rafie na dwa ostatnie nurkowania. Nic nie zapowiadało tego, co miało się wkrótce wydarzyć.

Poranne nurkowanie zaczynamy nieco później niż zwykle. Zrzut z pontonu i już opadamy na rafę. Ta jest bardzo ciekawa, jeśli chodzi o ukształtowanie dna - martwa rafa stanowi podstawę, na której rośnie nowa. Dopada nas głupawka - ktoś zdejmuje płetwy i symuluje bieg księżycowy, ktoś inny (autor?) naśladuje Misia Jacksona w jego tanecznym chodzie z Moonwalker'a pełnym pikantnych gestów. Kompromitujące zdjęcia powinno się zniszczyć.

Przed drugim nurkowaniem ktoś wypatrzył delfiny w pobliżu łodzi. Chyba z 4-5. No i zaczęło się. Cała wataha rzuca się po aparaty i pstryka fotki z pokładu. Niektórzy skaczą do wody w płetwach, w maskach i z fajkami i gonią stadko. A delfiny wcale nie mają ochoty na ucieczkę, zamiast tego spokojnie krążą w pobliżu. Też już jestem w morzu. Wreszcie dostrzegam je pod wodą - stado jest liczniejsze, niż myśleliśmy - dziesięć dorosłych i dwa młode delfiny butlonose (ang. bottlenose dolphin). Pływają wszystkie blisko siebie, nie mogę uwierzyć własnym oczom, gdy widzę jak młode delfinki (mają góra pół metra) dotykają się płetwami z matkami - jakby trzymały się za ręce. Co rusz ktoś z naszego stada schodzi bezdechowo na kilka metrów i pływa tuż obok delfinów przez kilka chwil.

To z lewa, to z prawa, a one tolerują to, ba, chyba nawet są zadowolone. Igrają z nami, kręcąc się wzdłuż własnej osi. Staram się wykazać sprytem i przewidzieć, gdzie skierują się za chwilę, aby przeciąć im drogę na przełęczy i zbliżyć się do nich. Udaje się! Płyną na mnie. Schodzę pod wodę z pełnymi płucami i płynę tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Niesamowite uczucie. Szeroki uśmiech sam wypełza mi na usta. Jestem pewien, że każdy z nas odczuwał wtedy to samo. Słychać jak porozumiewają się ze sobą, charakterystycznymi piskami i trzaskami. Nie mogę się powstrzymać i dotykam jednego. Na powierzchni spadają na mnie gromy: "Bo wy to zawsze musicie wszystko dotknąć!" Taaak. Racja. Na moje szczęście dotyk nie płoszy delfinów. Jeszcze długo kontynuujemy to niezwykłą przygodę. Do dziś pamiętam widok delfina płynącego tuż obok mnie. Coś fantastycznego. O ile nurkowanie z rekinami było niesamowicie emocjonujące, o tyle z delfinami... nie potrafię tego opisać słowami. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę miał tyle szczęścia...

Ostatniego nura zaliczamy na wraku 25 metrowej łodzi. Leży płytko, na 10-12 metrach. Przedtem schodziliśmy na niego bezdechowo, teraz z całym sprzętem. Naprędce z jego porozrzucanego wyposażenia montujemy toaletę - jest dywan, kibelek, umywalka z lampką i ramą lustra, jest nawet muszla pełniąca rolę mydelniczki. Zadowoleni z wyniku sprawdzamy, czy wszystko działa. Działa. Spłuczka trochę wolno, jak to na łodzi. Odpływamy w kierunku rafy błąkając się trochę i kończymy ostatnie już niestety nurkowanie.

Po południu przybiliśmy do portu w Marsa Alam. Wieczorem postawiliśmy stopy na stałym lądzie. I co? Nadal buja! Tak nam się cały czas wydawało. Włóczyliśmy się po miasteczku (szumna nazwa) i przepłacaliśmy za koszulki i inne pamiątki. Wstąpiliśmy nawet do Luxoru - tak nazywał się jeden z coffee shop'ów, a po zapadnięciu zmroku wróciliśmy na łódkę. Następnego dnia mieliśmy transfer na lotnisko w Hurghadzie i przed siódmą wieczorem byliśmy już w Polsce.

Dla mnie to safari było serią odkryć i "pierwszych razów": pierwsze nurkowanie za gramanicą, na rafie, na wraku, z łodzi, z pontonu, w prądzie, głębokie, w temperaturze 26°C, z rekinami i delfinami. Chyba będę obiektywny, mówiąc, że wszyscy wróciliśmy baaardzo zadowoleni. Pomijając pewne niedoskonałości i niedociągnięcia, które Polak zawsze znajdzie, wszystko nam sprzyjało. Ekipa była świetnie dobrana, nie nudziliśmy się we własnym gronie, ani też nie gryźliśmy. Wiatry ani prądy ani razu nie zakłóciły naszych planów nurkowych. Widzieliśmy pod wodą 3 wraki, niesamowite bogactwo ryb i koralowców, odwiedziliśmy żółwia, ktoś podobno widział mantę, polowały na nas żarłacze i w końcu pluskaliśmy się z delfinami. Czego jeszcze można chcieć od błękitnego szczęścia?

Tekst: Maciek Derda
fot. Robert Borzymek
 
Joomla SEF URLs by Artio