• Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Rozpocznij kurs nurkowania 17.12.2018 lub 07.01.2019 w Warszawie

 

Zadzwoń: 504 16 20 14




2003/03 Nurkowanie Karaiby - Trynidad i Tobago

Gorące wschody słońca, ba... prawie parzące, niezapomniane złoto - czerwone zachody, upały osiągające 40°C przy wilgotności powietrza blisko 100% oraz niezrozumiałe prądy morskie, nawet dla doświadczonych żeglarzy. Niezapomniana przygoda, egzotyka, folklor, zachwyt i zdziwienie. Wreszcie nagłe, ulewne deszcze, z jednej strony zbawienne, ale z innej - do bólu uciążliwe. Rafy i ryby, które dotychczas oglądałem tylko w książkach i magazynach poświęconych nurkowaniu. Tak w trzech zdaniach mógłbym opisać wyprawę do mało znanego państwa na końcu łańcucha Wysp Karaibskich - Trynidad i Tobago. Dalej już tyko kontynent Ameryki Południowej z Wenezuelą.

Tobago - to właśnie tam eksplorowaliśmy podwodne dno Morza Karaibskiego. Wyspa, która oderwała się od kontynentu południowoamerykańskiego.

Atmosfera na tej wyspie jest zupełnie inna niż na Trynidadzie. Zaledwie 32 km od gwarnego i tłocznego Trynidadu, jednak to tu właśnie Trynidadczycy przyjeżdżają na wczasy. Zielona wyspa z licznymi wzgórzami, dżungla i zawsze uśmiechnięci autochtoni zapewniają niezapomniany klimat turystyczny. Wszystkie przewodniki wspominają o gościnności i uprzejmościTobagańczyków. Mam na ten temat własne zdanie po różnych przygodach, które dały mi te wakacje, ale jedno jest pewne - nigdy dla nikogo nie ma tam problemu. Wszyscy wyluzowani, uśmiechnięci i pragnący pomóc w każdej sytuacji zapewniają dobre wspomnienia. Rastamani słuchający głównie Boba Marley'a - to obraz lokalnego straganiarza, którzyobecni są niemal wszędzie. Każdy z trawka w ustach, ale -broń Boże wejść w temat handlu narkotykami - kary przerastająnasze rodzime prawo.

Główne miasta wyspy to Fort Milfort - to właśnie tam na Crown Point jest jedyne lotnisko w okolicy. Poza tym Scarborough, Plymouth, Roxborough i Charlotteville. W tej ostatniej miejscowości zagościliśmy najdłużej. Wyspa nie jest duża, zatem mamy gwarancje, że żadna wycieczka nie będzie trwała zbyt długo. Na Tobago znajduje się rezerwat leśny - my nazwalibyśmy to dżunglą, ale tam nazywa się to 'Tobago Forest Reserve' . Rezerwat założony w 1764r., co czyni go jednym z najstarszych obszarów leśnych pozostających pod ochroną prawną na świecie. Wyjątkowo wilgotna dżungla pozostała prawie nietknięta.

Wszystkich zachęconych wstępem i pragnących odwiedzić to piękne miejsce na ziemi odsyłam do przewodników. Ja korzystałem z tego wydanego przez National Geographic pod tytułem 'Karaiby'. Jak sama nazwa wskazuje znajdziemy tam opis, wskazówki, porady dotyczące całego archipelagu. Natomiast przewodnik 'Diving & Snorkeling Trynidad & Tobago' wydawnictwa Lonely Planet był dla mnie i moich współtowarzyszy wyprawy prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat miejsc nurkowych. Bez tego cienko, oj... cieniutko bym widział nasze nurkowania tym bardziej, że po raz kolejny skorzystałem z usług Kapitana, który obecnie opływa trzeci raz świat dookoła, ale nurkowanie nie jest jego konikiem. W chwili, kiedy piszę tą relację powinien być gdzieś na Wyspach Galapagos. Po opłynięciu Trynidadu i Tobago skierować miał się bowiem do Wenezueli, a następnie przez Kanał Panamski i na Pacyfik.

Wakacje spędziliśmy na katamaranie "Flesh". Patrząc z boku absolutnie nie wydawał się tak przestronny wewnątrz. Cztery kabiny dwuosobowe, trzy toalety, mesa, w której w miarę komfortowo sześć osób mogło zjeść posiłek. Akurat tyle liczyła nasza grupa. Pokład od strony dziobowej między pływakami spowodował, że czuliśmy się tam komfortowo jak na warunki jachtowe.

Czego brakowało? - Klimatyzacji!!!

Co było złe? Tylko i wyłącznie wilgoć, o której już zresztą wspominałem. Jakikolwiek deszcz czy woda morska, która zmoczyła coś, co miało być w środku, sprawiało, że nie wysychało już nigdy. Duchota w kajucie tradycyjnie wyganiała nas na pokład, aby przespać się przez noc na pokładzie na swieżym powietrzu. Niestety środek lipca jest tam porą deszczową i tzw. okresem pozasezonowym, co dla Europejczyka jest iście niezrozumiałe. Zawsze o pierwszej lub drugiej w nocy padał deszcz i wyganiał nas do kajut, ale już z mokrą pościelą.

Zanim przejdę do opisu miejsc nurkowych, które spenetrowaliśmy kilka kluczowych informacji.

Wyspa TOBAGO (www.visittnt.com) - Londyńczycy wymawiają tobagoł, już na miejscu twardo - tobago, a w lokalnym radiu usłyszałem nawet tobigo. Całą kwestie historii, geografii, topografii, klimatu, pieniędzy, gdzie spać, gdzie jeść, co zwiedzać, gdzie pójść zostawiam wszystkim zainteresowanym w przewodnikach. Ja ograniczę się do informacji o komorach dekompresyjnych. Jedna, główna w Port of Spain na Trynidadzie (tel na miejscu 623-2951), a na Tobago druga w Roxborough (lokalny tel. 660-4000).

Ostatnia równie ważna informacja: żadne badania, szczepionki, pozwolenia na nurkowanie nie są tu wymagane. Jedyna niespodzianka to 100TT (dolary tobagańskie), które musimy zapłacić, jeśli chcemy wejść na lotnisko aby wyjechać z tego Kraju. Tzw. ostatnia tobagańska niespodzianka.

Teraz oddam się wspomnieniom nurkowym.

Stały wiatr Pasat wiejący od strony wschodniej Atlantyku tworzy równą falę płynącą w tym samym kierunku, czyli do Karaibów. Natomiast prądy Morza Karaibskiego na północnej stronie wybrzeża Tobago płynęły w przeciwnym kierunku. Jakież to dziwaczne zjawisko obserwować i odczuć na własnej skórze fale płynące naprzeciwko siebie i walczące prądy morskie mogące przy najmniejszym błędzie rzucić na skały nasz katamaran. Niektóre miejsca nurkowe powodowały, iż czułem się jak chorągiewka na wietrze, ale to tu właśnie spotkałem największe korale mózgowe jakie widziałem do tej pory.A sądzi się nawet, że koralowiec mózgowy na nurkowisku Kelleston Drive (wschodnia część wyspy Little Tobago) jest największym takim organizmem widzianym przez człowieka na świecie, a na pewno już na Morzu Karaibskim. Nie wyobrażacie sobie nawet jak bardzo czekałem na pierwsze nurkowanie. Jak zwykle sądziłem, że to nie będzie najlepsze zanurzenie, dlatego nie zabrałem nawet aparatu fotograficznego i jak zwykle już po kilku minutach nurkowania tego żałowałem. Ryby pozowały jak w studio fotograficznym.

Warto wspomnieć, iż przejrzystość wody od strony Trynidadu jest gorsza niż w części północnej. Dlaczego? Z Wenezueli do morza wypływa rzeka Oroinoko niosąca mnóstwo osadów, pyłów, odpadów organicznych i nie tylko. Zatem nurkowania na Trynidadzie są znacznie gorsze pod względem przejrzystości wody. Podobnie sytuacja wygląda od południowej strony Tobago. Przecież to tylko 32 km od Trynidadu. Im dalej na północ tym woda robi się coraz bardziej przejrzysta. Dlatego najlepsze nurkowiska znajdują się na północnej cześci wyspy. Znajduje się tam wiele mniejszych wysepek i skał należące do Tobago. W wielu miejscach są to nurkowania ciężkie ze względu na silne prądy. Bywają miejsca wręcz niebezpieczne. Silne prądy płynące w kierunku dna mogą nabawić nielada strachu już od samego opisu miejsca w przewodnikach nurkowych, a gdy zobaczy się to na własne oczy adrenalina daje znać o sobie. Chwila nieuwagi i możemy znaleźć się w Wenezueli szybciej niż nam się wydaje.

'Store Bay' i później 'Arnos Vale' - oto miejsca gdzie zanurzyliśmy się pierwszy raz. Przejrzystość słaba, ale mnóstwo ryb. Od razu obfitość i odmienność koralowców w stosunku do egipskiego Morza Czerwonego. Jedna myśl zrodziła mi się wówczas - jeśli tak będzie w innych miejscach to nie będzie źle. Jakżesz się myliłem. To było dopiero preludium.

19 lipca, płyniemy od zachodniej strony wyspy w kierunku północnym. Pływanie jachtem, a tym bardziej nurkowanie po wschodniej strony Tobago jest ciężkie. Atlantyckie fale i mała atrakcyjność tamtej strony wybrzeża zniechęca nurków.
'Culloden Bay' - kolejne miejsce nurkowe. Zdaje się, że tu nie trafiliśmy dokładnie w to miejsce, które było opisywane w przewodniku. Trafiliśmy na podwodna łąkę miękkich koralowców. Głębokość nie przekraczała 10 metrów, a duże falowanie targało nami pod woda jak liśćmi na wietrze. Jak nie trudno się domyśleć ryb też było jak na lekarstwo.

Nasz plan na dziś zakładał dopłynięcie to zatoki 'Englishman Bay'. Niestety zbyt duże fale uniemożliwiły nam dopłyniecie w to miejsce. Schowaliśmy się w malowniczej zatoce o nazwie ' Castara Bay' u podnóża miasteczka o tej samej nazwie. Tu zanurkowaliśmy w nocny. Ciągłe falowanie dawało znać o sobie. To miejsce było chyba najlepszym ogrodem koralowym, które oglądałem w swoim życiu. W nocy olbrzymia mnogość, krewetek, krabów przytłaczała nas kolorystyką.

Za dnia spotkaliśmy olbrzymie płaszczki Southern stingray (Dasyatis americana), za którymi można ganiać po całej zatoce. Pamiętam, iż pod jachtem na głębokości około 8 metrów z powierzchni zobaczyłem coś jakby stare drzwi. Gdy moja nurkowa ciekawość zaprowadziła mnie na dno z aparatem fotograficznym okazało się, że widziałem i sfotografowałem największą płaszczkę, jaką widziałem dotychczas w moim życiu. Prawdziwa 'krowa', która unosząc się z dna zrobiła taki 'kocioł' jak stado uciekających antylop Gnu w telewizji.

North Point, Long Rock przy ujściu z zatoki 'Pirate's Bay' to miejsce gdzie pierwszy raz silny prąd dał o sobie znać. Jacht zacumowany był na najbardziej wysuniętej skale od strony zachodniej. Pod wodą wiało jak diabli, ale nurkowanie było naprawdę ciekawe. Pierwszy raz zobaczyłem ciekawe kształty ryb Smooth trunkfish (Lactophrys triqueter), 'slender filefish', a blue chromisy uświadomiły mi, że to już nie Morze Śródziemne i nie spotkam tu wszechobecnych czarnych rybek, które snują się we wszystkich zakątkach tamtych mórz. Tu barwy tego samego gatunku są - jakby to określić - karaibskie?

Dobrnęliśmy już prawie do celu, a mianowicie północnej części wyspy. 'Rocky Mountain Low' - nazwa brzmi jak tytuł piosenki Led Zeppelin. Miejsce bardzo dziewicze. Mam wrażenie, że rzadko odwiedzane przez płetwonurków i rzeczywiście pod wodą nie spotkałem ani jednego złamanego koralowca, co jak wiemy jest specyfiką miejsc nurkowych. Niesamowite ogrody korali, ryby zupełnie nie przepłoszone przez tabuny płetwonurków, co charakteryzuje np. okolice Hurghady na Morzu Czerwonym. Na głębokości 20 metrów wspaniała, olbrzymia langusta (Panulirus argus) pozowała do zdjęcia jak modelka.To niesamowite. W Chorwacji widywałem zwykle dwa wąsy languście wystające gdzieś z dziury w skale, a tu langusty spacerują po dnie jak nasze rodzime raki.

To nurkowanie odbyło się u brzegów wyspy 'St. Gilles Islands' - rezerwat ptaków. Mam wrażenie, że tylko fregat. Tu po raz pierwszy zobaczyłem fregaty i po raz pierwszy tak wielkie ilości tych wspaniałych ptaków. Miałem wrażenie, że cofnąłem się w czasie o miliony lat w wstecz. Tak wielkie wrażenie zrobiły na mnie te ptaki, które kształtem przypominają pterodaktyle z książek edukacyjnych o dinozaurach.

Po drodze mijaliśmy wyjątkowo malownicze skały. Jedna z nich nosiła nazwę 'London Bridge' i jak nazwa wskazuje istotnie miała coś z mostu. Już gdy mijaliśmy to miejsce wiedziałem, że takiego miejsca nie można odpuścić i koniecznie trzeba tu zanurkować. Jest to nurkowanie dość blisko wyspy St. Giles Islands, ale ma ono zupełnie innych charakter. Nurkowanie to wymagało sporej kondycji i nie polecam tego miejsca dla nurków początkujących, a z pewnością już gdy morze jest niespokojne, a w takich warunkach przyszło nam właśnie nurkować. Silne prądy połączone z dużymi falami zmusiły kapitana do 'wyrzucenia' nas do wody w znacznej odległości od skały.

Nietrudno się domyśleć, że płynięcie w sprzęcie do brzegu w silnym prądzie przy dużym falowaniu wyczerpało nas w sposób dość zasadniczy, a odpocząć na powierzchni nie można było, bo prąd znowu zniósłby nas w morze. Dałem znak do zanurzenia. Pomyślałem, że odpoczniemy pod wodą. No i jak to zwykle bywa widoki pod woda skutecznie odstawiają na bok problemy. Zapominamy o zmęczeniu i oddajemy się urokowi wspaniałych, niemalże pionowych skał. Tu można robić naprawdę głębokie nurkowania. Przejrzystość wody nie była tak wspaniała jak byśmy sobie tego życzyli, ale formacje skał pod wodą zapierały dech w piersiach.

Kolejne miejsce miało nam przynieść niezapomniane wrażenia. 'Flying Manta'. Jak nazwa wskazuje w tym miejscu jest największe prawdopodobieństwo spotkania mant i tak rzeczywiście jest, ale w sezonie. Teraz silne falowanie i obfite deszcze w jakiś sposób spowodowały migracje tych zwierząt w inne miejsce. Nie mniej jednak miejsce piękne. Południowa strona wyspy Little Tobago. W tym miejscu lokalne centra nurkowe często przywożą gości na płytkie nurkowania, gdzie jest największe prawdopodobieństwo spotkania mant.

To tu także przypływają codziennie tzw. 'botom glass boats' - łodzie ze szklanym dnem, przez które można obserwować życie podwodne. Dodatkową atrakcją jest wejście w dżungle w tym miejscu. Tylko z przewodnikiem. Jest to ścisły rezerwat przyrody, a na dodatek światowa atrakcja dla ornitologów. W XVIII wieku ówczesny właściciel wyspy, miłośnik ptaków sprowadził w to miejsce kilkaset gatunków ptaków tropikalnych nie spotykanych nigdzie indziej w tej części świata. Sami przyznacie nielada gratka dla fascynatów. Któregoś ranka udało nam się podłączyć do jednej z takich grup. Przewodnik nie robił problemu. Okazało się, że w czasie kiedy nurkowaliśmy w okolicach odbywał się na Tobago zjazd ornitologów i my właśnie podłączyliśmy się do tej grupy. Szał i emocje jakie u poszczególnych osób wywoływał widok jakiegoś kanarka był niebotycznie większy w porównaniu z koncertami Elvis'a Presley'a w latach 60.

My ze znanych nam odgłosów ptaków, bez trudu rozpoznaliśmy bardzo dobrze nam znaną, a tu uchodzącą za egzotyczną - kurę. No cóż każdy ma swojego 'fioła'. Miejsce nurkowe jest tu bardzo atrakcyjne, ale i niebezpieczne. To właśnie jedno z tych gdzie zdradliwe prądy mogą porwać nierozważnego nurka w morze, lub głęboko w otchłań. Faktycznie tak było. Prąd powierzchniowy w zupełnie przeciwnym kierunku niż denny. Na głębokości 30 metrów półka rafowa opada do głębokości 40 metrów, głębiej już tylko piach smagany silnym prądem wciągającym w dół. Piękna rafa koralowa z mnóstwem ryb i koralowców, których nie wdziałem w innych miejscach.

Kolejne nurkowanie jest w zasadzie przedłużeniem 'Flying Manta', ale wyjątkowo tylko dla doświadczonych nurków ze względu na silne prądy. Nazywa się 'Kelleston Drive'. Wejście do wody jest na wschodnio-południowym cyplu wyspy Little Tobago. Od wschodniej strony wyspy prąd płynie w kierunku południowym, a od południowej strony prąd płynie w kierunku zachodnim. To tu właśnie mieszają się wody Atlantyku i Morza Karaibskiego. Pod wodą wieje, iż momentami trzeba było się podciągać na skałach, aby nie być porwanym jak liść na wietrze. Prądy podwodne wspaniale ukształtowały tu dno morskie. Góry piasku niczym wydmy poprzeplatane rafami. Niesamowite widowisko.

Tradycyjnie w miejscach z tak płynącą wodą spotkać można grupy ryb: 'Black Jack', 'Grey snaper', ale i ze względu na obecność piasku flądry - 'Peacock flounder'.

Kolejne miejsce w pobliżu wyspy Goat Island - naprzeciwko miejscowości Speyside. Tam jest wspaniałe miejsce o nazwie 'Japanese Garden' a przedłużeniem tej rafy jest inne miejsce nurkowe 'Angel Reef'. Wspaniały ogród koralowy, niesamowita ilość ryb, dużo gąbek. Rewelacyjna przejrzystość wody dzięki prądom atlantyckim. Tak czystą wodę widziałem tylko raz u wybrzeży Malty.

23 lipca totalne załamanie pogody zatrzymało nas na półtora dnia w zatoce u stóp miasteczka Speyside no, ale przecież czasu nie będziemy marnować. Nocne nurkowania są zawsze atrakcyjne. Przy małej ilości koralowców i miejsc gdzie mogły schować się jakiekolwiek zwierzęta widziałem niewspółmiernie dużo langust, no i oczywiście dużo świecącego planktonu. To tu, w zatoce 'Anse Brisant' sfotografowałem ślimaka- porcelankę karaibską o nazwie Fingerprint cyphoma (Cyphoma gibbosum).

Kolejne nocne nurkowanie w zatoce 'Pirates Bay" było o tyle uciążliwe, że wciąż rozbujane morze sprawiało kłopoty przy fotografii makro -szczególnie w płytszej części zatoki. Dodatkowo bliskość miasteczka Charlotteville wybitnie spowodowała obniżenie przejrzystości wody.

Zaczynamy wracać w kierunku lotniska. Teraz wiatr mamy w plecy i szybujemy po falach aż miło. Kolejne miejsce w tej samej zatoce, ale przy skale na południowej stronie zatoki. 'Booby Island' - byłem znowu zdumiony. Tak blisko miasteczka, a przejrzystość wody rewelacyjna. Młode żółwie żerujące na rafie, wspaniałe stada 'blackbar soldierfish', myszkujące wśród koralowców 'drumfish'e. Rafa kończy się na głębokości 20 metrów. To miejsce jest idealne dla początkujących nurków. Wspaniałe koralowce, obfitość ryb i brak jakichkolwiek prądów podwodnych znakomicie zachęcają do przygody podwodnej, jaką jest nurkowanie.

Dzień później opuszczając już zatokę piratów nurkowaliśmy przy kilku skałach w zatoce "Man'o War Bay". Nurkowanie było trudne ze względu na duże fale rozbijające się na pobliskich skałach. Do tego prąd wciągający na skały mógł przy błędzie nawigacyjnym z łatwością roztrzaskać jacht lub wciągnąć nurków na skały.

Na głębokości 30 metrów rafa się kończy i w tym miejscu, dom znalazły sobie kolonie Yelloowhead jawfish. Mała rybka, która szybko chowa się w piach, a gdy zagrożenie mija natychmiast wystawia łeb. Wspaniałe stado "snaperów" z charakterystycznym czarnym paskiem wzdłuż ciała przypominało mi ciągle, że jestem jednak na innej długości geograficznej. Wynurzenie możliwe tylko z bojką dekompresyjną z dala od skał.

Kolejny raz przekonałem się, że do nurkowania w morzu, kołowrotek i boja deco, są po prostu niezbędne.

Na noc płyniemy do 'Bloody Bay' jednak po drodze nie sposób nie zauważyć wspaniałych formacji skalnych: 'Sisters' i 'Brothers Rocks". My nurkujemy przy tych drugich od południowej strony. Cóż można rzec? Coś niesamowitego. Ściany pionowo opadające do głębokości 50-80 metrów. W tym miejscu zobaczyłem po raz pierwszy rybę o nazwie 'Tarpoon'. Nie dość, że dorastają do 2 metrów długości i jest często mylony z rekinem, to samica składa 13 milionów jaj. Ryba ta ma niesamowity dar walki, gdy zahaczy się na wędkę. Wiele z nich zrywa się i dobrze, bo smak mięsa tej ryby jest zdecydowanie słaby. Stada tych ryb powolnie pływają wokół 'Brother's'. Ryba trzyma się raczej bliżej powierzchni wody, co sprawia, że łatwo ja wypatrzeć. Podczas tego nurkowania widziałem też olbrzymią murenę zieloną, niezliczone ilości Trumpetfish (Aulostomus maculatus) - ja bym oznaczył te ryby jako symbol Morza Karaibskiego.

Nurkowanie w zatoce "Bloody Bay' to już inna para kaloszy. Do tej zatoki wpływa rzeka o nazwie Bloody River. Przejrzystość słaba, ale duża ilość krabów, krewetek i langust. Ujście rzeki ściąga też duże drapieżniki jak barrakudy. Poniżej 15 metrów głębokości koralowce mają ciężkie życie. Woda słodka płynie dołem ciągnąc za sobą stare drzewa, liście, odpady organiczne dżungli i praktycznie koralowców tam nie ma. Natomiast olbrzymie stada małych ryb znalazły tu doskonałe warunki do wzrostu.

'Sister's Rocks' - to kolejne wspaniałe miejsce do nurkowań głębokich. Tu bywają rekiny. Woda wyśmienita. Gańce, langusty, kalmary, spora ilość pordzewiałych kotwic. Jednak największą atrakcją było towarzystwo delfinów płynących przed dziobem naszego katamaranu przez pół godziny. Niekiedy mogliśmy niemalże dotknąć te radosne ssaki. Nagle w jednej chwili wszystkie zawróciły w kierunku 'Sisters' jakby wyczuwając bliskość człowieka i sieci bo faktycznie byliśmy już coraz bliżej typowo karaibskiej piaszczystej zatoki z palmami kokosowymi- 'Englishman Bay'. Ze względu na duże falowanie znowu miałem spory kłopot, aby ustawić się dobrze do fotografii makro podczas nurkowania nocnego. Niemniej udało mi się sfotografować Yellowlined Arrow Crab (Stenorhynchus seticornis), który upolował jakiegoś robaka zwabionego przez światło mojej latarki. Niezapomniane widowisko.

Za dnia nurkowaliśmy z północnej części zatoki. Piękny ogród koralowy opadający powoli w stronę ujścia zatoki. Olbrzymie stado 'Southern Sennet' pływało wokół nas jak widuje się to na filmach i życiu podwodnym. Łatwo tą rybę pomylić z barakudą i przyznam się, że na początku nawet ja myślałem, iż mam do czynienia z młodymi barakudami. Piękna nakrapiana ogończa -'Eagle Ray' wypłynęła jak łódź podwodna z ustępu skalnego, a stado French angelfish (Pomocanthus paru) z zaciekawieniem śledziły każdy ruch nurka.

Każde kolejne nurkowanie miało już być coraz bliżej południowej części wyspy, zatem liczyliśmy się z tym, że przejrzystość będzie coraz gorsza.

'Arnas Vale Bay'- na środku zatoki wystają podwodne skały, które praktycznie można wypatrzeć, gdy fale rozbijają się o nie. Przy spokojnym morzu podejrzewam jednak, że może być problem z ich zauważeniem.

Tak, zdecydowanie już widać, że jesteśmy coraz bliżej głównej części wyspy. Pod wodą śmieci, opony, jakieś krzesła, ale naturalnie podwodne organizmy zaadoptują każdy skrawek na swój dom.

Zamknięciem wyprawy nurkowej na Tobago miało być nurkowanie na wraku 'M/V Maverick'. Musielismy go tylko znaleźć. No właśnie. Nie było to takie proste. Wiedzieliśmy, że miejsce jest oznaczone, ale różnych boi sieciowych było tu dziesiątki. Jednak udało się.

M/V Maverick zatonął w kwietniu 1997 r. MV Scarlet Ibis, bo tak się wcześniej nazywał, to 106 metrowy prom samochodowy. Miał zadanie przez wiele lat przewozić pasażerów między Port of Spain na Trynidadzie, do Scarborough na Tobago. Po zasłużonych latach firma Tidco & Private Enterprise wykupiła prom, aby przygotować go do sztucznego zatopienie u wybrzeży Tobago. Wszelkie materiały mogące zagrażać ekosystemowi podwodnemu, a także bezpiecznemu nurkowaniu zostały zdemontowane, wypompowane i definitywnie wyeliminowane z tego miejsca. Prom był przyholowany na wysokość przylądka Mt. Irvine i tam zatopiony. Niespełna kilka godzin później Scarlet Ibis zaczął swoje drugie życie jako sztuczna rafa i wówczas został nazwany Maverick. Cała idea zatopienia promu, aby stworzyć sztuczna rafę była monitorowana przez naukowców, oceanografów i nagłaśniana na całym świecie pod hasłem najbardziej efektywnej metody stworzenia sztucznego ekosystemu w możliwie krótkim czasie. Struktura tego wraku dostarcza schronienie niezliczonej ilości małych ryb, które przyciągają większe drapieżniki. Koralowce obrosły niemal wszystkie miejsca na wraku, a dodatkowo jest to jedna z lepszych atrakcji nurkowych w tej okolicy. Maksymalna głębokość wraku 31 metrów. Wrak jest oznaczony okrągłą boją, a dodatkową informacją niech będą dla innych, znane nam już dane z GPS'a: N 11°12,17' i W 60°48,31'. W tym miejscu, jeśli zdarzają się prądy, to są one bardzo słabe, zatem zarówno początkujący jak i doświadczeni nurkowie znajdą tu coś dla siebie tym bardziej, że często widuje się tu olbrzymie barakudy.

31 lipca kończy się nasza przygoda na Tobago. Wyjątkowy upał doskwierał nam tuż przed odlotem. Kończąc tą relację stwierdzam, że charakterystyczne organizmy tych wód to:

Trumpetfish (Aulostomus maculatus) - polska nazwa to fistulka, charakterystyczna podłużna rybka, wdzięczna do fotografowania, występująca na każdym, nurkowisku.

French angelfish (Pomocanthus paru)- bardzo ciekawska, a na dodatek dorosła ryba różni się od młodej, a młoda jeszcze bardziej od pierwszej formy kolorystycznej. Ta sama ryba, a trzy różne ubarwienia w różnym stadium rozwoju.

Barrel sponge, (łac. Xestospongia testudinaria) - olbrzymie gąbki w kształcie beczki, twarde i malownicze, wtopione w krajobraz morza na każdym miejscu.

Spiny lobster (łac. Panulirus argus) - langusta, którą w innych miejscach świata trzeba szukać tu występują w dużych ilościach i gatunkach.

Yellowlined Arrow crab (łac. Stenorhynchus seticornis) - malutki pająk, który szczególnie uaktywnia się w nocy i jest wdzięcznym modelem do fotografii makro.

Bez dwóch zdań warto wybrać się na Karaiby. Miejsc nurkowych jest dużo, wyspy malownicze. Nawet w porze deszczowej jest tu upalnie. Woda ma temperaturę 28-29 stopni Celsjusza. Cóż więcej trzeba, aby spędzić wspaniałe wakacje? No... może trochę więcej szczęścia aby zobaczyć manty.

Tekst i zdjęcia: R. Stankiewicz
Współpraca: Romek Puchała
 
Joomla SEF URLs by Artio