• Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Rozpocznij kurs nurkowania 17.12.2018 lub 07.01.2019 w Warszawie

 

Zadzwoń: 504 16 20 14




2011/11 Nurkowanie NEMO 33 - Najgłębszy basen świata

2011/11 Najgłębszy basen świata NEMO 33

Czwartek, 10 listopada 2011r, około godziny piętnastej. Ostatnie spojrzenie, czy na pewno wszystko spakowane. Płetw nie trzeba, maski i fajki też nie, wystarczy tylko komputer nurkowy i kostium tudzież slipki w wersji męskiej. Pewnie dlatego udaje mi się zmieścić w małą walizkę.

Podróż na lotnisko poszła sprawnie, choć nie obyło się bez emocji. Autobus nie mógł podjechać pod halę odlotów, bo jakiś dowcipniś spowodował alarm bombowy na Okęciu. Na szczęście, punktualnie o 17.20 odnajduję grupę i odkrywam, że wcale nie udało mi się spakować do najmniejszej walizki. Moja jest największa...

Szybkie zakupy w strefie bezcłowej (czyli bezróżnicowej cenowo) i udajemy się pod nasz gate numer 42. Sporo przed czasem do rękawa ustawia się kolejka przejętych pasażerów. Czy bilet ze wskazaniem miejsca czy bez, lepiej do samolotu wejść w pierwszej kolejności, bo... No właśnie, bo co?

My nie stajemy w kolejce. Dlaczego zapytacie? Oprócz moje “małej” walizki mam jeszcze maleńką (naprawdę)” torebkę na dokumenty”. Usiłuję ją zmieścić do walizki, a jej zawartość oraz zakupy z duty free do kieszeni kurtki.

Lot do Brukseli upływa nam w bardzo przyjemnej atmosferze opieki nad trzy letnim Edwardem i nie mija chwila, a samolot ląduje już w Belgii. Dojazd do Brukseli z Charleroi zlatuje jeszcze szybciej, ale czasu nie da się oszukać.

Oddajemy go udając się na poszukiwanie owoców morza, bo te na kolację smakują najlepiej, dlatego też postanowiliśmy ich zakosztować w restauracji L’Ocean. Z wydrukowaną mapą, zapuściliśmy się w wąskie uliczki Brukseli. Ktoś cały czas odgrywał bez znudzenia jedną scenę ze Shreka: Daleko jeszcze? Ta. Daleko jeszcze? Raczej tak. (...) Daleko jeszcze? Tak! No to daleko, czy nie?! Nie. Serio? Nie! W odnalezieniu „punktu” nie pomogło nawet zapytanie o drogę przypadkowej sympatycznej Pani: I'm sorry, I'm looking for „Staliningradzka” Street. (prawidłowo powinno być Stalingradlaan) – wielkie oczy i wzruszenie ramionami obdarło mnie z resztki złudzeń, jednocześnie powodując wybuch śmiechu u pozostałych współtowarzyszy - tym sposobem zamiast w L’Ocean wylądowaliśmy w tureckiej knajpie na kebabie i słodkiej miętowej herbacie (na szczęście szukaną restaurację udało nam się odnaleźć zanim opuściliśmy Brukselę na dobre). I tym sposobem do hostelu położonego w centrum miasta docieramy ostatnim metrem. Szybki meldunek, prysznic i czas spać.

Następnego dnia, po śniadaniu udajemy się do NEMO 33. Budynek nie wygląda imponująco, ale za to wnętrze rekompensuje pierwsze wrażenie. W środku znajduje się restauracja, z której można obserwować rybonurki.

Na basen wpuszczają nas za kwadrans pełnej godziny, więc punkt dwunasta siedzimy już na brzegu basenu i mocząc nóżki w ciepłej 33-stopniowej wodzie czekamy na rozpoczęcie nurkowania. Opiekun basenu proponuje pierwsze dziesięć minut w formie freedivingu, z czego chętnie korzystamy. Maksymalna dozwolona głębokość to 10m, niektórzy jeszcze o niej marzą jednak dzielnie walczą aby marzenia przekuć w rzeczywistość. Kolejne 50 minut to nurkowanie sprzętowe i dokładna eksploracja basenu, są tam ukryte dwie jaskinie, no i studnia z maksymalną głębokością 35m, albo i 35,1m jak się dobrze porusza komputerem. Warunki do nurkowania są wprost wyśmienite, widoczność doskonała, temperatura wody to wręcz poezja. I jaka to przyjemność nurkować bez balastu..

Po 30 minutach pływania i zwiedzania podwodnego świata Nemo33 czas na zabawę, zdejmujemy płetwy i…hulaj dusza piekła nie ma – fikołki, bieganie po ścianach, skoki w odchłań, wspinaczka i podwodne układy taneczne, czujemy się jak kosmonauci przy wyłączonej grawitacji. Zabawę przerywa nam dźwięk sygnalizujący koniec naszego czasu pod wodą, co tak szybko? My chcemy jeszcze! Jak to dobrze, że jutro znowu tu wrócimy. Każdego dnia po basenie zwiedzamy z naszym przewodnikiem. Najpierw Brukselę - Grand Place, Manneken Pis, Jeanneke Pis, stare miasto. Udajemy się również do Brugii - nazywanej inaczej flamandzką Wenecją - piękne i urokliwe uliczki poprzecinane wodnymi kanałami, i oczywiście liczne sklepy z czekoladą w każdej postaci.

Belgia to również wyśmienite jedzenie, a godzinka w basenie mocno wzmaga nasz apetyt. Mule z frytkami, flamandzki gulasz z wołowiną (Stoofvlees), świeże owoce morza - krewetki, kalmary, ostrygi (chyba, bo kelner ich w końcu nie podał) to nasz codzienny jadłospis.

Nie mogę nie wspomnieć o piwie, drugim obok czekolady narodowym dobru Belgii. Najlepsze gatunki wyłonione w drodze intensywnych badań i testów to: właściwie każdy Kriek, Mort Subite złota etykiet, Mort Subite czerwona etykieta, Rodenbach, Hoegaarden oraz Grimbergen. Niestety 4 dni w Belgii dobiegły końca wynurkowani, zmęczeni, najedzeni i szczęśliwi lądujemy w Warszawie 13 listopada, w niedzielę wieczorem (pozdrowienia dla Pana stewarda Kamila) i już planujemy jakby tu jak najszybciej tam wrócić tym razem zahaczając przy okazji o Amsterdam ;-)

Tekst i fot. Ola Biolik i Boski Michał, z lekką korektą Gagatka.
 
Joomla SEF URLs by Artio