• Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Rozpocznij kurs nurkowania 23.09 lub 30.09.2019 w Warszawie

 

Zadzwoń: 504 16 20 14


Artykuły - Gorączka złota – czyli nurkowanie w zalanych sztolniach Kopalni Złota



Marcowy weekend 2014 na długo pozostanie w mojej pamięci i już planuję jak najszybsze powtórzenie tej eskapady! :-)

Odwiedziliśmy cztery bardzo klimatyczne miejsca nurkowe w tym jedno absolutnie „dziewicze” w zakresie eksploracji podwodnej. Niesamowite widoki, mega adrenalina i kolejne umiejętności zdobywane na kursach lub warsztatach wykorzystane w praktyce. Dwa dni nurkowe były okazją do złożenia wizyty w dwu kopalniach złota, kopalni srebra oraz w zalanych podziemiach starego browaru w Sobótce. To był bardzo intensywny weekend, a zobaczyliśmy tylko niewielką część tego co oferują te okolice. Z pewnością wrócimy tu jeszcze nie raz.

We wtorek zadzwonił Piotrek, mój przyjaciel i nurkowy partner . Od razu przeszedł do rzeczy: Darek- nasz wspólny znajomy z warsztatów jaskiniowych proponuje wyjazd na nurkowania typu overhead, czyli pod stropem, bez możliwości natychmiastowego wynurzenia. Nurkowania w prawdziwej kopalni złota!! Decyzja musi być szybka, bo propozycja dotyczy najbliższego weekendu. Poczułem szybki skok ciśnienia, oddech przyspieszył i bez długiego namysłu natychmiast się zgodziłem. Ja sam i każdy kto mnie zna musiał się spodziewać takiej reakcji. Piotr wiedział, że pytanie o taki wypad to zwykła formalność.

Decyzja o tym, kiedy i gdzie jedziemy została podjęta, zatem przystąpiliśmy do planowania nurkowań. Planowanie można, a nawet powinno się zacząć już w domu, przed wyjazdem. Znaliśmy orientacyjne głębokości i czasy nurkowań, czyli mogliśmy określić wstępny profil . Dobraliśmy właściwy sprzęt i odpowiednie gazy. Już przed wyjazdem wiedzieliśmy, że możliwość szybkiego wynurzenia uniemożliwia „sufit” oraz wymagana dekompresja. Na szczęście „deco” miało być krótkie i mieliśmy zrobić je na tlenie, co było pocieszające bo nie spodziewałem się zbyt ciepłej wody. Po półgodzinnej dekompresji w Hańczy, z grudnia 2013 mam „fantomowe” dreszcze na samą myśl o powtórzeniu czegoś takiego. Hańcza miała wtedy dokładnie 3 stopnie Celsjusza na KAŻDEJ głębokości. Wiecie jednak, że chęć nurkowania wygrywa z instynktem samozachowawczym J

Na miejsce dotarliśmy w piątek w nocy. Zanocowaliśmy w urokliwym pensjonacie „Chata nad Sztolnią”. Nazwa jest nie przypadkowa, bo obiekt znajduje się dosłownie nad średniowieczną kopalnią srebra. Tę kopalnię znamy z wcześniej wspomnianych warsztatów. Były to już zaawansowane warsztaty nurkowania jaskiniowego metodą francuską. W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę właściwe wyszkolenie. Pamiętajcie, że rozwój nurka to nie tylko kolejne certyfikaty. Namawiam do udziału w warsztatach, konferencjach oraz innych event’ach . Jest to okazja do poznania wspaniałych ludzi i wymiany doświadczeń.

W sobotę rano zjedliśmy szybkie śniadanie i dojechaliśmy do kopalni złota w Złotym Stoku. W oczekiwaniu na Darka zacząłem testy z kamery GoPro, którą pożyczyłem od Roberta. Bardzo chciałem przywieźć jakiś film lub zdjęcia. Efekty możecie ocenić sami ;). Proszę o wyrozumiałość.

Zgodnie z umową około godz. 11 pojawia się Darek wraz z żoną. Krótka wizyta u właścicielki kopalni, bo zanurkować „na dziko” nie ma szans. Wpis do rejestru i teraz możemy zaczynać akcję nurkową. Hurra, hurra!! Wyładowujemy sprzęt i zaczynamy klarowanie twinset’ów, stage’y oraz pozostałego sprzętu jak latarki, szpulki, kołowrotki i narzędzia tnące. Status gotowi! Zaczynamy ładowanie sprzętu do wagoników kolejki, która zawiezie nas w głąb kopalni. Ta sama kolejka wozi turystów . Niestety kolejka dociera tylko do połowy trasy. Drugą połowę do miejsca zanurzenia musimy pokonać pieszo. Ubieramy się i drepczemy dźwigając sprzęt ważący około 50 kg. Udało się, docieramy na miejsce. Niestety jesteśmy cali spoceni i już czuję że zmarznę szybciej. Chwila odpoczynku i hop do wody. Tutaj miłe zaskoczenie, woda jest cieplejsza niż myślałem. Super, bo nie zmarznę. Zaczynamy zanurzenie, podróżujemy prawie pionowym, trochę zwichrowanym szybem w dół. Po drodze na głębokości 6 metrów deponujemy stage’e. Na 9 metrach pojawia się korytarz, chociaż kusi, wręcz zaprasza do środka, to my zanurzamy się dalej, „odwiedzimy” go w drodze powrotnej. Docieramy na sam dół. Tutaj też jest korytarz.

Zaczynamy penetrację, a ponieważ to ja mam kamerę, więc płynę pierwszy. Widoczność jest rewelacyjna, temperatura wody więcej niż znośna, słowem dużo lepiej niż się spodziewałem. Płyniemy w szyku wzdłuż poręczówki leżącej na drewnianej podłodze. Korytarz jest dość szeroki i niezbyt wysoki. Cały czas widzimy sufit. Tutaj nie ma mowy o szybkim wynurzeniu. Wszelkie awarie i problemy muszą zostać rozwiązane pod wodą. Po kilku minutach przypominam sobie, że mam ze sobą kamerę. Rany, ten sprzęt jest tak wygodny i lekki, że w zasadzie go nie czuć. Niestety zajęta ręka uniemożliwia naprawę poręczówki, która delikatnie mówiąc nie jest w dobrym stanie. Po prostu leży na podłodze, zero stabilizacji, w wielu miejscach wpada w szczeliny drewnianej podłogi. Powrót w zerowej widoczności lub utrata światła byłyby wielkim wyzwaniem. Jednak nie obawiam się takiej sytuacji, ponieważ każdy z nas ma latarkę główną oraz po dwa backup’y, które sprawdziliśmy przed zanurzeniem, do tego zapożyczone z konfiguracji francuskiej kaski również są wyposażone w latarki. Każdy kask to kolejne cztery latarki J

Od razu pomyślałem o partnerach. Zanim się zdążyłem odwrócić, oni poprawiają poręczówkę, a ja mogę płynąć dalej. Jednak robię to dopiero wtedy, gdy jestem pewien, że oni również mogą kontynuować, zespół to zespół. Szybkie OK światłem latarki po dnie i płyniemy dalej w głąb korytarza. Naszym oczom ukazuje się skrzyżowanie, tutaj sprawdzam (partnerzy również) czy „droga do domu” jest oznaczona. Mieliśmy zamiar użyć naszych strzałek i ciasteczek zgodnie w konfiguracja amerykańską. Okazuje się jednakże wiszą tu gumki, typowe oznaczenie wykorzystywane w metodzie francuskiej. Zostawiamy wszystko tak jak jest, nie musimy nic oznaczać. Każdy z nas zna obydwa systemy nawigacji, więc nie ma problemu, a właściwą praktyką, wręcz swoista etykietą nurków jaskiniowych jest pozostawienie systemu, który został założony przez wcześniejszego eksploratora.

Skręcamy w prawo, widzimy kontynuację chodnika, którego sufit jest z desek. Po drodze dostrzegamy małe zwałowisko, deski pękły i skały opadły na chodnik. Płyniemy dalej ponieważ konstrukcja wygląda na stabilną. W końcu dopływamy do drugiego zwałowiska, które jest dużo bardziej „obfite” i uniemożliwia swobodne przepłynięcie dalej. W zasadzie można byłoby się przecisnąć, ale świadomość jeszcze jednego chodnika do „zwiedzenia”, czekająca dekompresja oraz spadające z sufitu kamienie (widać je na filmie) powodują że zawracamy. Popłyniemy dalej w czasie naszej następnej wizyty.

Powrót do ćwiczenie z trudnej widoczności. Osady z dna podniosły się po naszym przepłynięciu, a zwłaszcza po operacji stabilizacji poręczówki. Jak się potem dowiedzieliśmy czas pełnego opadania to co najmniej tydzień ;)
Docieramy do szybu, wpływam pierwszy, potem Piotrek, Darek zamyka zespół. Wznosimy się do chodnika, który widzieliśmy zanurzając się. Wpływam do środka, tym razem pierwszy będzie płynął Piotr, ja będę ostatni.

Okazuje się że, w tym chodniku poręczówki już nie ma. Piotrek instaluje punkt startowy dla naszej „nici Ariadny”. Wpływamy dalej i dalej, kołowrotek rozwija się, a że jest właściwie przygotowany to wiemy jaka odległość przepływamy. Kołowrotki (francuskie) jaskiniowe mają znaczniki odległości na poręczówce.

Nagle rozlega się, no właśnie.. jak to nazwać? Słyszę coś jakby dudnienie. Robi się głośno i wcale nie jest to dźwięk wydychanego powietrza. W takich sytuacjach poziom stresu rośnie gwałtownie. Wierzę, że to nie może być zawał w kopalni. Jeszcze jeden głęboki wdech. Uspokajam się, bo jest to odgłos wagoników wiozących kolejnych turystów do kopalni. Rozglądam się patrzę na kolegów, widać twardziele. Nawet nie mrugnęli.

Dopływamy do końca korytarza, decyzja: powrót, szyk odwrotny, bo zwijający poręczówkę musi być ostatni. Dopływamy z powrotem do szybu, odczepienie kołowrotka i wynurzenie do 6 metrów, tu robimy przystanek, opróżniamy nasze tkanki z nadmiaru azotu. Bardzo krótkie, zgodnie z przewidywaniami, a wspomniana temperatura nikomu nie przeszkadza. Wynurzenie, wszyscy szczęśliwi, a najbardziej Kasia żona Darka, która czeka na nas na powierzchni. Support powierzchniowy oraz właściwe zabezpieczenie miejsca akcji nurkowej to bezwzględnie wymagane elementy w każdym nurkowaniu. Jednak dopiero w takim jak to doceniamy je szczególnie.

Po wypełznięciu z wody i zataszczeniu sprzętu czekamy na nasz pociąg. Czas wykorzystujemy rozmawiając, potwierdzamy widziane boczne korytarze oraz „dziury” do których chcemy zajrzeć następnym razem. Już planujemy jak tu najszybciej przyjechać. Nurkowanie było super, jestem tak zadowolony, że mógłbym już nic więcej nie robić. Jednak los dla śmiałków zgotował kolejne przygody.

Gdy pociąg wyjechał z kopalni zobaczyliśmy, że Ela - właścicielka kopalni już na nas czeka. Była bardzo ciekawa naszych wrażeń, byliśmy jej bardzo wdzięczni za umożliwienie wejścia do kopalni. Po spakowaniu sprzętu przeszliśmy do restauracji, która znajduje się na terenie kopalni. W czasie rozmowy o lokalnych możliwościach spędzania wolnego czasu Ela opowiedziała nam o „Sztolni mistrzowskiej”, w której nikt jeszcze nie nurkował. Nasze oczy zaczęły płonąć, byliśmy o krok od możliwości zrobienia naszej pierwszej eksploracji.

Nie mogliśmy odpuścić. Ela zawiozła nas do lasu. Po zaparkowaniu na leśnej polance do której udało się dojechać jej Landrover’em wysiedliśmy i pokonaliśmy jeszcze odcinek około 300 metrów pieszo. Niestety pod górkę, początkowo trud dotarcia zaczął nas zniechęcać, gdy nagle wylądowaliśmy przed otworem w ziemi, który normalnie wziąłbym za wejście do legowiska jakiegoś zwierzęcia. Po zajrzeniu do środka Piotrek nie wytrzymał, zjechał w dół, zanim Ela, no cóż ja też. Po przeciśnięciu się przez wejście znaleźliśmy się wewnątrz sztolni. Wejście zostało zasypane przez osuwającą się ziemię z wyższych partii wzniesienia w którym znajduje się sztolnia.

Wnętrze sztolni było olbrzymie, z zewnątrz nigdy bym nie powiedział, że coś takiego znajdziemy. Zlokalizowaliśmy trzy potencjalne miejsca w których można zanurkować. Prawdopodobnie to trzy różne szyby. Wybraliśmy ten, który dawał nam możliwość niezwłocznego zanurzenia, w pozostałych trzeba „posprzątać”, usunąć deski, bale oraz inne elementy konstrukcyjne. Nie było odwrotu, musieliśmy tam wejść. Żądza ułożenia poręczówki jako pierwsi była zbyt silna. poinformowaliśmy Elę o zamiarze nurkowania, przewidywanym czas wejścia i wyjścia tak by wiedziała, kiedy spodziewać się sygnału o zakończeniu akcji. Po pożegnaniu z Darkiem wsiedliśmy w samochód i już we dwóch zrealizowaliśmy szybką rekonfiguracje, bo wybraliśmy metodę francuską spodziewając się restrykcji.

Po przygotowaniu butli bocznych, pasów balastowych, kasków i kołowrotków znieśliśmy sprzęt do sztolni. W tym momencie już zaczynało się zmierzchać.
Teraz już zostało tylko zapewnić sobie drogę wyjścia z wody i mogliśmy penetrować, co ja mówię, mogliśmy eksplorować! Hurra, hurra!! Piszę o przygotowaniu wyjścia z wody przed wejściem do niej, bo to kluczowe by nie skończyć jak bohaterowie amerykańskiego filmu. Wszyscy wyskoczyli z łodzi pluskać się w oceanie, tylko nikt nie pomyślał o opuszczeniu drabinki, a łódź miała wysokie burty. Jak się potem okazało długo pewnie nie musielibyśmy czekać po wynurzeniu, ale o tym za chwilę.

No dobra. Jesteśmy gotowi, kołowrotek przywiązany, sprzęt sprawdzony, hop do wody. Zanurzamy się w szybie i zaczyna się. Każdy oddech, każdy ruch ręką czy płetwą powoduje kolejny ruch. To jest jak reakcja łańcuchowa. Osady podnoszą się zewsząd. Nie miałem pojęcia, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Najwięcej zamieszania powoduje próchno, którego jest tu mnóstwo. Stare sfermentowane deski oraz słupy są miękkie jak wata, palec wchodzi w nie jak w masło, a kontakt z wydychanym powietrzem powoduje rozdrabnianie tego materiału. To wszystko wiruje, cyrkulacja góra-dół, prawo-lewo i na skos, drobiny unoszą się w każdym kierunku. Wygląda to zupełnie jak wnętrze garnka w którym gotujemy zupę. A w środku my starający się nie skończyć jak wkładka mięsna do tej zupy J

Po prostu obudziliśmy uśpionego przed wiekami smoka. Wszechobecny, unoszący się w wodzie zapach siarki znany nam z nurkowania w kamieniołomach tak gryzie w nozdrza, że tylko utwierdza w nas przekonanie o obecności gada.

A teraz my z naszą poręczówka przychodzimy założyć tej bestii smycz. Zwyczajnie osiodłamy poczwarę i dalej jazda w stronę ciemności!

Poręczowaniem zajął się Piotr, ja byłem za nim. Na dziesiątym metrze od wejścia pojawia się w szybie jakby podłoga z otworem umożliwiającym zejście niżej. Ta „podłoga” jest chyba częścią chodnika, który został zasypany urobkiem pozbawionym rudy. Po prostu górnicy zamiast wynosić go na powierzchnię zasypali już wyeksploatowany korytarz. W momencie gdy Piotr przeciska się w dół na otwór zsuwa się duża belka. Na szczęście jestem za nim i usuwam tę przeszkodę z otworu. Instynktownie sprawdzam stan gazu. W czasie eksploracji stosujemy zasadę ¼ w zarządzaniu gazem. Mamy po dwie butle 6 litrowe, więc nurkowanie nie może być za długie. Po osiągnięciu ciśnienia 150bar należy wracać na powierzchnię.

Ważne jest aby uprzednio przygotować wyjście. Tak jak pisałem wcześniej, gdybyśmy nie mogli wyjść z wody na pewno nie męczylibyśmy się zbyt długo. W czasie naszego nurkowania nasze płetwy oraz wydychane powietrze uruchomiły proces uwalania siarkowodoru. Naprawdę szybko opuszczamy sztolnię, czas na spakowanie sprzętu oraz opuszczenie obiektu można liczyć w minutach. W tym czasie zdążyliśmy dostać bólu głowy – to początki zatrucia siarkowodorem.
Szczęśliwi, że już na zewnątrz, ale źli bo kropnie brudni. Mokre skafandry skleiły się z ziemią w trakcie wyczołgiwania ze sztolni. Teraz stoimy przed kolejnym wyzwaniem, jak zawlec do samochodu to całe nurkowe żelastwo. Po dotarciu do samochodu od razu dajemy znać Eli o zakończeniu akcji. Jesteśmy ledwo żywi, ale szczęśliwi. Z kołowrotka Piotrka zniknęło 30 metrów linki, która została w sztolni. Następni nurkowie będą mogli z niej skorzystać. My planujemy to zrobić jak najszybciej.

Wróciliśmy prosto do hotelu by zalec, a przepraszam, przedtem rytualnie odwiedziliśmy McDrive. W pensjonacie szybko do łóżek i co? I nic. Okazuje się że emocje były tak wielkie ze mogliśmy tylko leżeć, ale nie spać. Mięśnie odpoczywały ale w głowach kłębiły się myśli zupełnie jak ta mieszanka wody, próchna, wydychanego powietrza i siarkowodoru. W końcu udało się odpłynąć, nie wiem o której, ale zasnąłem. Musieliśmy wypocząć, bo na rano było zaplanowane nurkowanie w kopalni srebra Marie-Agnes. To nurkowanie również było świetne, ale to już kolejna opowieść ;)

Zapraszam chętnych do obejrzenia filmu z kopalni złota. Proszę nie oceniać walorów artystycznych, bo dopiero zbieram doświadczenie w filmowaniu pod wodą. Cieszcie się widokiem kopalni, może znajdą się jakieś „samorodki” zainteresowane nurkowaniem technicznym. Zapraszamy!

tekst i fot. Hubert Grzybek

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Joomla SEF URLs by Artio